Pałac Zeritha Dalal

1
Obrazek

W najgłębszych zakamarkach podziemnego królestwa, gdzie światło słoneczne nie ma dostępu, wznosi się majestatyczny pałac Zeritha Dalal, jednego z bardziej ekscentrycznych książąt podmroku. Wnętrze pałacu emanuje bogactwem i wyrafinowaniem, gdzie mroczne korytarze prowadzą do olśniewających sal o ozdobnych kolumnach. W wielkich galeriach zgromadzone są dzieła sztuki, których tematyka przeważnie oscyluje wokół ciemnych mitów i historii podziemnych. Przeszklone tarasy ukazują fantastyczne widoki na podziemne krajobrazy, z których książę czerpie inspirację dla swoich artystycznych eksperymentów. Jednakże, choć otoczony jest luksusem i wyrafinowaną sztuką, atmosfera pałacu pozostaje nasycona niewyjaśnioną, mroczną energią.

POST BARDA
Spoiler:
Ciężko powiedzieć, co obudziło ich pierwsze. Czy było to fioletowe światło, sączące się przez ich zamknięte powieki, czy chłód kamiennej podłogi, na którą zostali rzuceni, czy może dźwięk obcasów, odbijający się echem wśród ścian. A może po prostu zaklęcie, które ich w jakiś sposób uśpiło, teraz zostało zdjęte, jednocześnie z nich wszystkich?
Gdy otworzyli oczy, zorientowali się, że znajdują się w rozległej jaskini, równo ociosanej ze wszystkich stron, co sprawiało wrażenie prostych, wysokich ścian. Jedynym źródłem światła były kryształy, porozstawiane w czterech kątach i zawieszone pod sufitem, rzucające na wszystko fioletowy blask. Naprzeciwko nich, tuż za dwoma strażnikami, opartymi na czarnych włóczniach, od ściany odcinały się wysokie, drewniane drzwi - jak się zdawało, jedyna droga wyjścia z tego miejsca.
Nawet jeśli któreś z nich postanowiło zerwać się i rzucić do ataku, lub ucieczki, po pierwsze nie mieli na to jeszcze siły, a po drugie - w miejscu przytrzymywały ich łańcuchy, wbite w kamienne płyty posadzki i ciasno zapięte wokół ich kostek. Wyglądało na to, że wylądowali tu w dobrze znanej sobie grupie, w towarzystwie Neeli i Nellrien, ale także Yunany, Jalena i czterech innych mężczyzn, którzy równie dobrze mogli być załogantami Barakudy, jak i mieszkańcami Iny. Dwóch z nich było ludźmi, dwóch - elfami. Wszyscy rozglądali się nieprzytomnie, próbując pozbierać się po utracie przytomności i wciąż walcząc z resztkami trucizny paraliżującej, której działanie dopiero powoli zaczynało puszczać. Mogli poruszać kończynami, mówić, obracać głową, a może nawet usiąść, ale wciąż mieli za mało siły, by stanąć na nogi, a co dopiero walczyć.
Jedynym, którego brakowało, był Auth.
Kroki, jakie słyszeli, należały do elfki, spacerującej sobie w tę i z powrotem przed ułożoną w równym rzędzie grupką schwytaną na powierzchni. Odziana w czarną suknię, z falowanymi, białymi włosami spływającymi po plecach, przechadzała się, uważnie lustrując spojrzeniem każde z nich. Choć kąciki jej ust uniesione były w uśmiechu, próżno było szukać sympatii w jej oczach, fioletowych jak te kryształy. Mogłaby być uznana za piękną, gdyby nie okoliczności i ciemnoszary kolor skóry, jaki dla wielu mógł być zbyt odpychający, by w ogóle rozpatrywać ją w tych kategoriach.
- Nie będziecie mówić niepytani - odezwała się w płynnym wspólnym. - Nie będziecie się sprzeciwiać. Zostaniecie przydzieleni.
Zatrzymała się na środku, przekrzywiając lekko głowę i splatając dłonie za plecami.
- Powiecie kolejno, w czym się specjalizujecie, a ja zadecyduję, jaki pan Zerith Dalal będzie miał z was pożytek. Ty - ruchem głowy wskazała pierwszego mężczyznę. Brodacz, który jeszcze nie tak dawno zagadywał Nellrien i opowiadał jej w karczmie żarty o beczkach, teraz usiadł i wpatrywał się w elfkę butnie.
- Nie będę nic dla was robił.
Nieznajoma cmoknęła z niezadowoleniem i pokręciła głową.
- Możesz robić, albo umrzeć. Przejęliśmy wasze małe miasto. Pan Zerith Dalal znajdzie innych na twoje miejsce.
- Dobrze. To umrę.
- Nie! Nie... nie zabijaj. Zbyt wielu już umarło, przez... przez waszą falę
- wtrąciła się Nellrien, oczywiście sprzeciwiając się i mówiąc niepytana, zanim elfka zdążyła zareagować i spełnić prośbę brodacza.
Białowłosa zmarszczyła brwi i podeszła bliżej, by złapać byłą kapitan za brodę i obejrzeć ją sobie ze wszystkich stron, jak zwierzę na sprzedaż.
- Ogniste włosy. Pan Zerith Dalal będzie zadowolony. Lubi. Będziesz jego kanizak - zadecydowała, wtrącając słowo w swoim języku.
Shiran nie kojarzył go z żadnym innym, elfickim odpowiednikiem, ale nietrudno było wyciągnąć wnioski z kontekstu. Wnioski, które niekoniecznie musiały mu się podobać.
- Potrafię walczyć - zaprotestowała Nellrien, wyrywając brodę ze smukłej dłoni kobiety.
- Dobrze - ta tylko uśmiechnęła się drapieżnie i przeniosła spojrzenie na kolejną osobę. - Następny. Mów.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

2
POST POSTACI
Dandre
Jak przez mgłę pamiętał gorączkowe przedzieranie się przez dżunglę, nagłe umilknięcie ptaka i strzałkę wystającą z piersi Yunany. Zdawało mu się, że rzucił się w jej stronę, by podtrzymać ją, gdy upadała na korzenie, ale jego ciało prędko odmówiło mu posłuszeństwa i legł jak długi wprost w ramiona plątaniny korzeni. Nie ma w świecie gorszego uczucia ponad wszechogarniającą bezradność. W niebiskich oczach barda musiała płonąć najszczersza nienawiść, gdy jeden z szaroskórych nachylił się w jego stronę. Jak śmieli podnieść swoje paskudne łapy na doskonałość ciała krawcowej?
Zaprawdę, wizja nawet niewielkiej blizny na piersi wyspiarki oburzała go bardziej, niż nadchodząca śmierć.
- jbne szkwysyny… – przywitał się długim tchnieniem, wypuszczonym z coraz bardziej nieresponsywnej piersi. Udało mu się lekko poruszyć ustami, ale nie na tyle, by Kerońskim zwyczajem splunąć swemu oprawcy w twarz. Później nastała ciemność.
Czasem zastanawiał się, czy ta chwila nie przyniesie mu długo wyczekiwanego ukojenia. A jednak, gdy wreszcie nadeszła, ostatnią myślą barda nie była ulga, a strach. Strach przed nieznanym, przed pustką, która może go pochłonąć. Pustką, która nadeszła zbyt szybko. Ucięła nić jego losu, nim w pełni zdążył odcisnąć na świecie swoje piętno.
Zniknął jednak zbyt szybko, by poczuć to… rozczarowanie.

**

Jego drugie życie znacząco różniło się od pierwszego paletą kolorów, jednak pewne podstawy jestestwa Biriana pozostawały bez zmian.
Ocknął się z policzkiem na podłodze i małą stróżką śliny na brodzie. Chłód kamiennej posadzki zapewne przyjąłby jako błogosławieństwo, gdyby towarzyszył mu znajomy tępy ból głowy i suchość w gardle. Miast tego był jeno… fiolet. To, co ujrzał po rozwarciu sklejonych powiek, zdziwiło go na tyle, że zamrugał jeszcze kilka razy. Dobrych kilkanaście sekund zajęło mu dojście do siebie i zdanie sobie sprawy z tego gdzie i dlaczego właściwie się teraz znajdował. Jego wzrok wędrował niespokojnie między zawieszonymi pod sufitem kryształami, a strażnikami, wspierającymi się na czarnych włóczniach. Bez wątpienia nie był już na Katttok.
A nawet jeśli, to gdzieś głęboko w jego trzewiach, w miejscu, do którego nikt, nie powinien zaglądać. W krainie tych, których pozbawiono słońca. W krainie ich oprawców.


Szarpnął się delikatnie i nieco nieskoordynowanie, próbując usadowić się wygodniej na posadzce i w pełni rozeznać się w nowej sytuacji, podczas gdy resztki trucizny wciąż krążyły mu w żyłach. Łańcuch szczęknął metalicznie przy jego kostce.
- Hm – mruknął, patrząc z niesmakiem na obręcz zaciśniętą wokół swojej kostki. – Niezbyt gościnni.
Minęło sporo czasu, odkąd przyszło mu ostatnio ocknąć się w pętach. Teraz przynajmniej miał na sobie ubranie. I, niewątpliwie, wciąż żył. Były to niezaprzeczalne pozytywy.
Widział wokół siebie znajome twarze. Próbował uśmiechnąć się pokrzepiająco do Neeli, Yunany i Ary, ale czuł, że grymas, który wpełzł na jego usta pozostawiał nieco do życzenia. Przygryzł lekko policzek i obrócił się w końcu w stronę tej, której rezonujące w jaskini kroki mogły go obudzić. Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, bez cienia wstydu, czy pokory, której zapewne mogłoby się oczekiwać od jeńca.
Ze szczerym zainteresowaniem obserwował intensywny fiolet jej tęczówek, tak mocno kontrastujący z ciemnoszarą, niemal trupią skórą. Czuł, że nie przyglądał się jej jako kobiecie, a bardziej jako nowemu zjawisku. Stała przed nimi istota niewątpliwie nienawykła do pieszczot słońca, odziana w czerń, będącą istotą ich podziemnej domeny. Zdawało mu się, że w jej smukłej sylwetce, okalanej perłowo białymi falowanymi nićmi włosów było coś dystyngowanego, ale może przemawiał do niego ten lekki, okrutny uśmiech, który z przyzwyczajenia wiązał w myślach z najgorszym arystokrackim chowem.
Widział w jej oczach, że byli dla niej jeno bydłem.
Odezwała się, a bard momentalnie przysiadł na zgiętych nogach i wyprostował plecy. Lekko drżące dłonie, dochodzące powoli do siebie po paraliżu, złożył na kolanach. Wiedział, że musi zagrać w tą grę. Skrzywił się lekko, gdy usłyszał coś o przydziale, ale milczał. Wsłuchiwał się w manierę jej mowy, próbując jakkolwiek umiejscowić jej zadziwiająco płynny wspólny.


Podziwiał butę marynarza, który przypominał mu nieco barczystego karczmarza, który wraz z nim wyruszył na krucjatę przeciwko Zielonym w Ujściu. A jednocześnie przeklinał go za głupotę. Martwy nikomu się na nic nie przyda, a póki tylko tliło się w nich życie, póty mogli stawić jakikolwiek opór. Nawet jeśli wymagało to przełknięcia na moment dumy. Wszystko w górującej nad nimi elfce mówiło, że nie będzie miała najmniejszego problemu, by wcielić swoje słowa w życie.
Nellrien oczywiście wyrwała się przed szereg, robiąc dokładnie to, co zapewne zrobiłby Birian, gdyby nie odezwała się sekundę wcześniej. Póki niczyje życie nie było bezpośrednio zagrożone, milczał jednak, jeno marszcząc czoło, gdy białowłosa chwyciła ich kapitan za brodę, przyglądając jej się niczym zwierzęciu na targu. Zacisnął usta w wąską kreskę, gdy domyślił się do czego miała być oddelegowana. Znając Nellrien, prędzej padłaby martwa, niźli oddała się temu całemu Dalalowi.
Na Bogów…
- Ogniste włosy, niewątpliwie… – zaczął cicho, bijąc się z myślami, nim uniósł wzrok na elfkę. Otwartą dłonią wskazał na Nellrien, nawet nie patrząc w jej stronę. W swój mały gest wykonany w jej kierunku, włożył tyle pogardy, ile tylko potrafił – Lecz ciało jej skalane leśną magyją, zepsute piętnem dżungli i znaczone żelazem. Po trzykroć zbrukana, będąca już rzeczą… Obawiam się, że taki podarek mógłby okazać się jeno policzkiem dla twego pana. Byłby jak ochłap dla psów, rzucony na królewski stół. – zwrócił się na chwilę w stronę kapitan, rzucając jej spojrzenie pełne odrazy. Zaraz wrócił wzrokiem do elfki i skłonił się w pół.
- Jam jest poetą, trubadurem, złotym piórem Keronu. – wyciągnął przed siebie ręce, wystawiając w przód otwarte dłonie, które nawet po paru miesiącach pracy na statku i przy budowie pierwszego obozu na wsypie, wciąż nie wyglądały, jakby kiedykolwiek parały się ciężką pracą. Zgrubiałe opuszki palców zdradzały jego profesję. – Aczkolwiek nie tylko piórem władam biegle, mademoiselle – uśmiechnął się lekko, wplątując w swe słowa mały regionalizm z Oros, coby odpłacić się białowłosej za odejście od wspólnego.
- Albowiem jestem też pogromcą kamiennej bestyji i wyzwolicielem Kattok… Które tak prędko i sprawnie nam odebraliście – cmoknął niby z niezadowoleniem, jednak próbował wdziać na twarz coś na podobieństwo podziwu. – Więc i mnie walka nie straszna, choć uważam, że mym powołaniem jest niesienie rozkoszy przez sztukę. – zamilkł, patrząc się może odrobinę zbyt długo w oczy ich oprawczyni. Próbował doszukać się w nich człowieczeństwa, czuł jednak, że to płonna nadzieja.
Dopiero po chwili opuścił wzrok i uciekł nim w podłogę, zastanawiając się nad losem swoim i swych towarzyszy. Jak muzyk mógł być wszak bezużyteczny dla istot, które mogą zapatrywać się na sztukę zupełnie inaczej. Jakże bezużytecznym może być niewolnik nieskalany pracą!
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

3
POST POSTACI
Ărêmâni
Chłód... odrętwienie... wilgoć. Marazm. Zmysły Aremani starały się powoli wznowić swoją funkcję. W tym czasie jej umysł szukał ostatniego śladu pamięci - pierwszy skojarzyła ogromy strach, emocję trudną do opisania dokładniej. A towarzyszyła mu ucieczka, instynktowna i bez logiki; byle przed siebie i byle jak najdalej. Odruch pierwotny niczym u zwierząt, które tak bardzo lubiła obserwować. Kto by pomyślał, że ostatecznie skończy jak wiele z nich? Zdegradowana do upolowanej zwierzyny. Po tym reszta wspomnień wróciła lawinowo: fala, Sebalf, pająki, czarne strzały, czarne skóry... Zanim ogarnęła ją nicość pomyślała o swoich towarzyszach. A potem o swojej rodzinie.

Cuciła się niechętnie, jakby w strachu przed tym co ma zastać wokół siebie. Wdychała powoli to dziwne powietrze, którego wilgotność różniła się od tego co znała z domowej dżungli. Każdy oddech stawał się coraz głębszy i podnosił ją, otwierał szerzej oczy i wyostrzał wzrok. Choć z tym ostatnim nie było łatwe w tym dziwnym, nienaturalnie fioletowym świetle. "Czy to jest... życie po śmierci?" pojawiło się w jej głowie nieśmiało. "Jeśli tak to chyba piekło... jeśli jest tu Dandre i Shiran."
Jednak wszystko zdawało się zbyt realne. Tupcząca przed nimi... Kobieta? Bestia? Aremani nigdy nie widziała czegoś takiego. Odruch wobec nieznanego kazał jej zapamiętać szczegóły, by potem uwiecznić wszystko w swoim dzienniku badawczym za pomocą tekstu i szkicu. "Czy ja mam moje rzeczy?" Gdy zaczęła się krzątać poczuła też ciężar łańcuchów. "Czy oprócz wolności zabrali mi dorobek mojego życia?!"

Starała się znaleźć pocieszenie w tym, że nie była w tym sama. Choć dalej nie mogła pojąć, czym "to" jest.
Tajemnicza postać jakby wyczuła, że wszyscy dochodzą do siebie. Pierwsze co powiedziała było rozkazem - takim, który Aremani wielokrotnie w swoim życiu ignorowała. "Nie odzywaj się nieproszona" powtarzał ojczym, a to tylko potęgowało w niej gniew i natłok słów, których mogła potem pożałować. Tym razem tak nie było. Może to kwestia działa na niej trucizny ale paraliżował ją także strach.
Z niepewnością obserwowała upór nieznajomego marynarza, gdy w najmniej spodziewanym akcie sprzeciwu odezwała się Nellrien. Po niej nie spodziewała się takiego głośnego protestu. Jednak Dandre zdawał się wykazać zazdrość i od razu dorzucił swoje pięć monet. Udowodnił, że w jego towarzystwie nawet cisza nie może czuć się bezpiecznie. "Z jednej strony typowe a z drugiej... pocieszające. Jak długo bard przemawia kwieciście tak świat do tej pory nie staje na głowie." Jego gadanie o byciu piórem i pogromcą pozwoliło jej to na chwilę uśmiechu półgębkiem. A także na wymyśleniu co ma powiedzieć.

Czy miała mówić prawdę? Przerysować? Skłamać? Na pewno obce istoty nie zasługiwały na szczerość ani wykazanie ochoty do współpracy. "Jak już cierpieć to przynajmniej przy czymś, co robi się dobrze? Nie, pokrętna logika." Jednak wiedziała jedno - nie chce być rozdzielona od swoich kompanów.
- Pani! - krzyknęła do elfki gdy tylko bard skończył mówić. - Ten mężczyzna mówi prawdę. Ma wybitne pióro. Wiem, bo... pracuje pode mną. To mój skryba.- zaczęła zmyślać, próbując zachować spokój. Na ile się dało w tych warunkach.
- Ja jestem znawczynią naszego świata. Tam... na górze. - po dotychczasowych przesłankach wnioskowała, że muszą być pod ziemią. - Jestem naukowczynią i eksploatorką. A ci tutaj... - wskazała głową na swoich kompanów na ile mogła - to moi współpracownicy. Razem zajmujemy się badaniami, opisywaniem świata - roślin czy zwierząt wszelkich krain ale też i kultury. Jeśli Pan... Zerith Dalal chce wiedzieć więcej o powierzchni możemy mu wszystko opowiedzieć! Jednak do tego potrzebuję wszystkich moich współpracowników. Inaczej obraz ten będzie niepełny.
Blef nie był taki głupi, bo w sumie nie kłamała jeśli chodzi o siebie. Postrzegała się jako badaczkę. Wiedziała dużo o Archipelagu. Ale w tak przerażającej, abstrakcyjnej sytuacji w jakiej się znajdowali wiedziała jedno - przetrwanie to pozostanie razem. Sama tego psychicznie i fizycznie nie udźwignie. "Błagam na bogi, niech reszta podłapie!"
"To achieve great things, two things are needed: a plan and not quite enough time." - Leonard Bernstein

Pałac Zeritha Dalal

4
POST POSTACI
Shiran
Ostatnie co pamiętam to spadający z nieba Auth. Grzmotnął o ziemię,bez znaku życia, a ja po prostu stałem, jak wmurowany w tę jebaną dżunglę. Czas się zatrzymał, a to co się działo potem, było bliżej nieokreślonym bezładem. Wydarzeniami bez większego sensu, czy znaczenia. Nie mające żadnego odzwierciedlenia w moim życiu. Zabili Autha... To jedyne zdanie, jakie kołotało się w mojej głowie, gdy padałem na ziemię.
Całkowicie sparaliżowany, odczuwałem chłód podłoża. I głosy... Znajome, ale nie byłem w stanie zrozumieć wszystkiego. Mój elficki dość mocno kulał. Ale nawet jeśli, nie miałem zamiaru pertraktować z terrorystami. Odczuwałem jednak bezsilność. Potem zaś, zapadła ciemność...
*** Chłód kamiennej podłogi, przenikający wskroś, był nie najprzyjemniejszym rodzajem pobudki. Nie żeby lochy były czymś, czego jeszcze w życiu nie odwiedziłem, ale przyznam szczerze, że nieco mroczna stylistyka wnętrza, wywoływała pewien niepokój i nieprzyjemne skojarzenia. Ktoś kiedyś opowiadał o jakichś piwnicach gwałtu, ale przyznać muszę, że całkowicie inaczej sobie to wyobrażałem. Może jakiś bogato zdobiony dywan na środku? Więcej czerwieni? Tutaj wszak dominował fiolet.
Strażnicy nie wydawali się jakoś przyjaźnie nastawieni, ale chociaż nie zamierzali sobie na nas używać. Tyle dobrze... Z gorszych wieści - ewidentnie byliśmy tu jako jeńcy, czy inni więźniowie, patrząc na to, że nasze kostki przypięte były grubymi łańcuchami do podłogi. No, ale przeżyliśmy.
Czy się bałem? Chyba nie. Nie wiedziałem co nas czeka, ale jeśli odczuwałem jakiś strach, był on na pewno przysłonięty rodzącą się we mnie wściekłością, która zastąpiła rezygnację, którą pamiętałem sprzed stracenia przytomności.

Stękając cicho, zmusiłem zmrożone i ścierpłe mięśnie do ruchu. Dźwignąłem się, przerzucając głową na drugą stronę, widząc że nie znalazłem się tu sam. Była Nellrien - żywa. Pajac, Kwiatuszek i Nowa też. Ta kochanica Pisarzyka... I jakiś zbędny motłoch, którego w ogóle nie kojarzyłem... Brakowało jednak wciąż Autha. Wierzchem dłoni wytarłem stróżkę śliny, która pojawiła się w kąciku moich ust, walcząc jednocześnie z rosnącą złością. Wewnętrzny płomień zdawał się płonąć, a ja powoli tracić nad nim kontrolę. Na tłumaczenia chyba jednak długo czekać nie musiałem. Do jaskini, piwnicy, czy chuj wie gdzie się znajdowaliśmy, wparowała jakaś lalunia, odziana w bardzo przypadający mi do gustu strój. Białe włosy mocno odcinały się od szarej karnacji, która z pewnością nigdy nie zaznała słońca. Gdybym nie był tak wściekły, byłbym może w stanie stwierdzić, że fascynowała mnie jej aparycja, a sama elfka była wcale ładna (prawie tak jak Nellrien - chyba ciągnie mnie do odmieńców). No może poza tym pyszałkowatym uśmiechem, normalnie jakby zdarła go z ryjca jakiegoś ludzkiego szlachcica i zaadaptowała u siebie.

Zaczęło się niewinnie - jak w obozie. Mamy się nie odzywać, mamy się słuchać, jesteśmy więźniami, bla, bla, bla. Przeszłoby to jakoś, gdyby nie zestrzelili Autha. Nie mogłem jednak tak po prostu wypalić (dosłownie i w przenośni). Raz, że zależało mi też na bezpieczeństwie Nellrien, a dwa, że reszta chyba też mogłaby dostać dodatkowo. I gdyby nie to, że dosłownie gdy nabierałem powietrza, by grzecznie zapytać się o lokalizację mojego kruka, odezwał się ten marynarzyk, najprawdopodobniej to mnie teraz najprawdopodobniej proponowano by śmierć, a to by się nie skończyło dobrze...
Zareagowała jednak Nellrien, a tego już puścić płazem nie mogłem.
- Te, kanizak moja dupa. Mówiła, że umie walczyć - domyślałem się tylko, że chodzi o zrobienie z Nellrien dziwki jakiegoś księciunia. Doskonale wiedziałem, że jeśli do tego miałoby dojść, to prędzej rzuciłaby się z najbliższego okna, albo nadziała na coś ostrego, zdychając w męczarniach. Nie mogłem jednak nie zareagować.
Byliśmy na przegranej pozycji i czegokolwiek nie próbowałem wymyślić, nie brzmiało to najlepiej. Tyle z mojej elokwencji.
- Prosimy o współpracę, albo pana Muzyka-Grajka-Artystę-Malarza poprosimy, by was tu zagadał na usraną śmierć - Sapnąłem cicho pod nosem, prostując zesztywniałe plecy, tak by móc spojrzeć się w fiołkowe oczy elfki. Gniew we mnie narastał wraz z płomieniem, który objawiał się płomieniście pomarańczowym kolorem moich tęczówek. Tak jak w dżungli... Żar chciał się wydostać - próbowałem się hamować. Ara coś tam zaczęła pierdolić, że jest szefową całej eskapady i że w kupie siła i że nie można nas rozdzielić. W sumie to w chuju to miałem, grunt by mi Nellrien nigdzie nie zabrali.

- Jak słyszałaś - zwróciłem się do białowłosej piękności. - Pierdolonych wybawicieli wyspy złapaliście. Miecze, magije, mózgi i pióra. Zadowoleni? - Wytrzymałem chłodne spojrzenie bez żadnej sympatii. W moich oczach widać było tlący się zarys płomienia, falujący niczym żagle na wietrze. - Qarg'a qayerda? - Spróbowałem złożyć proste zdanie, które pytało gdzie jest Auth. Miałem nadzieję, że nic nie pojebałem. - Bez pozdrowień dla Dalalala - sapnąłem.

Pałac Zeritha Dalal

5
POST BARDA
Trudno spodziewać się, żeby takie podsumowanie szczególnie uszczęśliwiło Nellrien, nawet jeśli Dandre wypowiedział je po to, by zniechęcić nieznajomą do zabierania jej w wiadomym celu do pana tego pałacu. Wciąż, słuchanie o tym, że jest się rzeczą i towarem wybrakowanym, nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń. Bard wyłapał kątem oka jej spojrzenie, ale był zbyt skupiony na przekonywaniu elfki do swoich racji, by dotarło do niego, jakie kryją się w nim emocje.
- Sztuka jest czymś, co pan Zerith Dalal ceni ponad wszystko inne - białowłosa uśmiechnęła się do Biriana, choć nie był pewien, czy wróżyło to dobrze, czy wręcz przeciwnie. - Ale twoje słowa nie są nic warte. Jak cię zwą, złote pióro? - przekrzywiła nieznacznie głowę. - Pan Zerith Dalal nie mówi w waszym plugawym języku w połowie tak sprawnie, jak ja, a i ja nie znam wszystkich słów. Wiem, czym jest poeta. Poeta z powierzchni, bezużyteczne. Wiem, czym rozkosz. Nie wiem, czym jest trubadur.
Jej akcent był miękki i lekko świszczący, inny niż jakikolwiek, z jakimi mieli dotąd do czynienia, ale trzeba było jej przyznać, że naprawdę porozumiewała się imponująco biegle jak na kogoś, kto nigdy nie postawił nogi na powierzchni. Prawdopodobnie. Musiała mieć inne źródła, z jakich mogła się uczyć i biorąc pod uwagę, w jakich warunkach znajdowali się obecnie porwani, nietrudno było wyobrazić sobie jakie to źródła były.
Przeniosła wzrok na Aremani, a jej niesięgający oczu uśmiech poszerzył się znacząco, odsłaniając równe, białe zęby.
- Dobrze. Ty się przydasz. Ale nie dostaniesz wszystkich. Zostawię ci... skrybę. Pójdziecie razem. Zostawię ci kilka osób. Tyle, ile palców u jednej ręki. Zostawię ci wybawicieli - ostatnie słowo wypowiedziała w sposób daleki od szacunku. - Ale nie wszystkich. Tego na przykład... - wbiła ostre spojrzenie w Shirana. - ...nie.
Jej oczy zaświeciły fioletem, gdy poruszyła palcami i wypowiedziała dwa niezrozumiałe słowa. Ręka półelfa wygięła się gwałtownie pod nienaturalnym kątem, a jego samego przeszył ból, jeszcze niebędący wywołany złamaniem, ale całkiem od niego niedaleki. Mógł z bliska przyjrzeć się fascynującej aparycji kobiety, gdy ta podeszła bliżej i pochyliła się nad nim, z ustami wykrzywionymi w irytacji i czymś bardzo bliskim nienawiści. Ból jednak nie przechodził, trwał, zdając się przybierać na sile z każdym kolejnym uderzeniem serca, nie pozwalając mu skupić się na niczym innym.
- Jest porządek - powiedziała chłodno. - Ty jesteś na samym dole. Możesz mówić z szacunkiem dla pana Zeritha Dalala, albo możesz nie mówić wcale. Są też zajęcia dla cho'chqa bez języków. Chcesz być jednym z nich?
- Shiran jest wartościowym wojownikiem. Nie ma może ogłady, ale...
- zaczęła Neela, ale urwała, gdy wraz z gestem drugiej ręki białowłosej i kolejnym wypowiedzianym przez nią słowem padła z powrotem na ziemię, nienaturalnie wygięta. Jęknęła i zapowietrzyła się, a oczy zaszły jej łzami.
- Nie. Będziecie. Mówić. Niepytani - przypomniała, podkreślając każde słowo. - Qarg'a nie była prawdziwa. Zabiła dziewięciu elfów i odeszła. To twoja wina?
Chwilę jeszcze trwało, zanim opuściła dłonie, a zaklęcie się rozproszyło. Neela nie ruszyła się z miejsca, choć ból zniknął, zastąpiony tylko wspomnieniem. Półelf też już mógł poruszać ręką normalnie, jeśli chciał. Przekonana, że wystarczająco konkretnie dała im do zrozumienia, gdzie jest ich miejsce, białowłosa zwróciła się do Yunany.
- Ty.
- Potrafię szyć...
- zaczęła wyspiarka ostrożnie, ale przerwała, gdy mroczna elfka podeszła, by niemal czułym gestem odgarnąć jej włosy z twarzy.
- Nieważne, co potrafisz. Jesteś doskonała. Będziesz tuval dla pana Zeritha Dalala. Płótnem. Piękno z powierzchni, dla jego sztuki.
Odsunęła się od struchlałej Yunany i obróciła się do strażników.
- Men uchun - rzuciła, wskazując kolejno Aremani, Biriana, Yunanę i Nellrien. Dla mnie, zrozumiał Shiran. On najwyraźniej nie zasłużył sobie na zainteresowanie, albo wręcz przeciwnie, swoim niewyparzonym językiem już na dzień dobry zasłużył sobie na niełaskę, przypadkiem wciągając w nią też Neelę, która nieopatrznie się za nim wstawiła. - Men ularni janob Zerith Dalalga olib boraman. Qolganlari kutib tursin.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

6
POST POSTACI
Dandre
Bard wyczuł na sobie spojrzenie pani kapitan, ale starał się nawet nie patrzeć w jej stronę, jakby sama jej obecność była dla niego nawet jeśli nie obelgą, to czymś niejako odstręczającym. Nie obchodziło go specjalnie, czy poczuła się urażona jego słowami. Miał tylko nadzieję, że uda mu się zniechęcić elfkę na tyle, by zarzuciła swoje plany względem rudowłosej. Irytowało go, że nie potrafił wyczytać z jej twarzy, na ile ten mały manewr się powiódł.
Dandre skłonił się lekko, gdy ich oprawczyni uśmiechnęła się w jego stronę. Od samego początku niepokoił go ten grymas na jej twarzy, zbyt okrutny, by odczytywać go za przebłysk dobrej woli, ale należało robić dobrą minę do złej gry.
- Me serce raduje się wieścią żem trafił do domeny tak znakomitego patrona – rzekł, powoli unosząc głowę. Możliwe, że i na jego ustach gościł lekki, kurtuazyjny uśmiech, jednak zwiądł nieco, gdy poddano w wątpliwość jego słowa. Modlił się w duchu, by chodziło jej o formułkę, którą się przedstawił, a nie o to, co mówił o Nellrien.
- Dandre Birian, pani – uniósł dumnie podbródek, jakby wierzył, że jego imię cokolwiek tutaj znaczyło. Pozwolił też wyraźnie wybrzmieć nosowej samogłosce ze swojego nazwiska, nie odrywając wzroku z wbitych weń fioletowych oczu. Próbował zrozumieć, co się za nimi kryje, ale pozostawały chłodne i nieprzejednane. Możliwe, że nie było tam nic poza pogardą i wyższością.
- Ach, to zrozumiałe, że Pan nie pragnie zaprzątać sobie głowy gaworzeniem nowych subiektów – stwierdził, nawet się nie krzywiąc, gdy usłyszał o swojej bezużyteczności, choć serce mocno zatłukło mu w piersi. Głos Biriana nie załamał się nawet na sekundę, a jego usta zaraz ponownie rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu, podczas gdy sam bard gorączkowo szukał w głowie następnych słów. Nie był pewien, czy winien się dalej odzywać, ale postanowił zaryzykować, póki jej wzrok nie powędrował ku innemu jeńcowi.
- Trubadurzy wynoszą poezyję poza nagie słowo, pani. Odziewają ją w szaty melodii, by pieśnią poruszyć serca i dusze tych, którzy zapragną posłuchać. I to właśnie ta doskonała harmonia między śpiewem, melodią i tym nagim, bladym słowem, zdaje się być najprostszą drogą do płynącej z obcowania ze sztuką rozkoszy.
Po raz pierwszy od dawna pluł sobie w brodę za to, że mówił za dużo. A jednak próbował się jakoś sprzedać, zaprzeczyć pozornej bezużyteczności na dworze oprawcy, który zdawał się cenić sobie sztukę. Jak bardzo jednak mogła różnić się definicja sztuki tych istot, od tego, do czego przywykł na powierzchni? Wszak to samo dzieło, zachwalane w Keronie i Archipelagu, może zostać wygwizdane na dalekim południu. Subiektywizm odbiorcy mógł stać się jego końcem.

Ledwo powstrzymał oburzone stęknięcie, gdy ich mała furia przedstawiła go jako swojego s k r y b ę. Wbił w Aremani spojrzenie, którym mógłby rozniecić ogień w wystarczająco suchym lesie. Nie mógł odmówić geniuszu planu, który najwyraźniej wykwitł w jej głowie, ale urażona duma brała w nim pierwszeństwo nad choćby minimalną dozą podziwu. Zacisnął usta w wąską kreskę, kiwając powoli głową, kiedy elfka pozwoliła ich wielkiej badaczce dobrać sobie personel do pomocy.
To, co wylewało się z ust Shirana, było zaś dla barda czystym absurdem. Brew muzyka powoli unosiła się w górę z każdym jadowitym słowem wyplutym przez półelfa. Nie mówił dużo, ale zdawało się, że z każdą sekundą mężczyzna wykopywał dla siebie coraz głębszy grób.


Nie zdziwił się specjalnie, gdy oczy kobiety błysnęły fioletem, a ręka Shirana wygięła się pod dziwnie nienaturalnym kątem. Wyraz jej twarzy nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na interpretację. Nie rozumiał skąd znalazła się w niej taka nienawiść, ale nie można było jej zaprzeczyć. Może jednak nie byli dla nich obojętnym bydłem, pyłkiem na bucie, godnym co najwyżej pogardy? Auth mógł mieć rację.
Jeśli te istoty uważają ich za winnych odebrania im słońca…
To mogą być w o wiele gorszej sytuacji, niż wcześniej przypuszczał.


Z przerażeniem obrócił głowę w stronę Neeli. Na Bogów, to nie jest moment, by wstawiać się za tym i…
- N…! – zaczął, prawie unosząc się z kolan, ale ugryzł się w język i opadł z powrotem na posadzkę. Czuł w ustach charakterystyczny, metaliczny posmak, gdy patrzył z bólem, jak Neela wygina się na kamiennej podłodze, a jej oczy szklą się od łez.
„Po trzykroć przeklęty idiota! A niech szasta swoim życiem do woli, niech się tu nawet zesra z bólu, chuj mnie to obchodzi. Ale, czemu, na Bogi, Neela próbuje ratować ten tonący okręt? Niech szlag trafi to jej gołębie serce.
Tak bardzo chciałby jej jakoś pomóc, ale siedział w miejscu, trzęsąc się niemal z gniewu i bezsilności. Nade wszystko zapragnął poczuć w swoim ręku miecz i przelać tą plugawą krew, tak jak robił to w Ujściu, nawet gdyby miał po tym samemu paść trupem.
Ale nie mógł. Nie mógł zrobić nic.


Mimo uszu puścił krótką wymianę zdań między białowłosą a kuglarzem. Wbił w nią spojrzenie dopiero, gdy ciało Neeli rozluźniło się nieco po rozproszeniu zaklęcia. Spod przymrużonych powiek obserwował, jak elfka zbliża się do Yunany.
Przełknął ciężko ślinę. Płótnem? Co to, na Otchłań, znaczy? Czuł, jak udziela mu się przerażenie kochanki. Spróbował zbliżyć się do niej nieco, kiedy ich oprawczyni zwróciła się w stronę strażników. Położył dłoń na jej nodze, choćby tym prostym gestem chcąc dodać jej choćby odrobinę otuchy.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

7
POST POSTACI
Aremani
Dziewczyna sama nie potrafiła sobie uwierzyć, że jej słowa zadziałały. W normalnych okolicznościach Aremani przepełniłaby się dumą i próbowałaby iść za ciosem: wytargować coś jeszcze albo po prostu wykazać się nawet zgubną pewnością siebie! Ku jej (nie)szczęściu nie znajdowali się teraz w "normalnych okolicznościach". Oziębiała, przestraszona i straumatyzowana młodzianka postanowiła nie nadwyrężać swojego szczęścia. I "nie mówić niepytanym." Czyli coś, czego nie udało się osiągnąć Shiranowi i Neeli.
Aremani aż skrzywiła się w odruchu empatii gdy tej dwójce dziwna magia zaczęła wykręcać nadgarstki. Znowu pojawiło się to straszne poczucie bezbronności. "Walcz." próbowała się motywować, a komenda ta wybrzmiała jej w głowie jakby ledwo pamiętanym głosem ojca. Ale reszta należała do niej. "Wytrzymałaś plażę, dżunglę i magiczną śpiączkę. Tu też się nie poddawaj."

Ciężko było zachować stabilność emocjonalną gdy z jednej strony dostrzegała cierpienie swoich przyjaciół, z drugiej jej mózg próbował połączyć wszystko co się działo w jakąś logiczną całość a z trzeciej... Dandre mówił. "Faceci sami sobie szykują stryczek. Czy jakąkolwiek inną formę egzekucji preferują w tym miejscu." Bard denerwował ją niemiłosiernie, modliła się na bogów wszelakich by zamknął się na chwilę i nie zaprzepaszczał ich szansy na bezbolesne ruszenie dalej w tej paskudnej sytuacji. Wymieniała z nim pełne cudacznej ekspresji spojrzenia, co z boku mogło wyglądać nawet zabawnie. Ale ostatecznie modlitwy wysłuchano i Ara z zaskoczeniem dostrzegła, jak Birian dosłownie gryzie się w język. "Szkoda tylko że pod wpływem Neeli. Może będę bardziej wierząca?"

Nazwanie Yunany "płótnem" przyjęła z dozą obrzydzenia. "Ale idzie chyba ze mną. Ona, kapitan, bard i..." Kalkulacje się nie zgadzały. Szaroskóra mówiła o tym, że zostawi jej "tyle ile palców u jednej ręki" a ktoś z tak podstawową znajomością anatomii wiedział, że tych było pięć, a nie trzy. Półelf niestety był poza zasięgiem, ale nie miała serca go zostawiać. "Próbować ją przekonać? Wydaje się raczej bezwzględna i próba sprzeciwienia się jej decyzji może tylko pogorszyć tę sytuację." Zanim mroczni strażnicy zdołali ją podnieść Aremani poprosiła o zabranie jeszcze dwóch osób, tłumacząc że są to jej niezbędni pomocnicy. Neela musiała pójść z nią. Bała się, że sama w tym podziemiu nie przetrwa długo. Z kolei jako drugą osobę wyznaczyła Jalena. Nie w głowie jej były teraz romanse ale jego przynajmniej znała. Mogła się odwdzięczyć za odprowadzenie ją gdy była pijana. Chociaż to nie miało się nijak do uratowania kogoś przed ciężkimi robotami w mrocznych podziemiach zaginionej rasy.
Spojrzała, być może ostatni raz, w kierunku półelfa. I łzy same napłynęły jej do oczu. Nie mogła dłużej udawać, że nic jej nie rusza.
- Shiran... Przepraszam. - wybąkała przez ściśnięte usta gdy ją podnoszono. - Znajdziemy się, obiecuję. Jestem dobra w tropieniu. Niech twój ogień płonie wysoko.
"To achieve great things, two things are needed: a plan and not quite enough time." - Leonard Bernstein

Pałac Zeritha Dalal

8
POST POSTACI
Shiran
- Złote pióro - Prychnąłem pod nosem. Niezłe, ale trochę starodawne. Jak zresztą cały ten zasrany grajdołek. Niby kultura, ale jednak w jaskini. Gdyby nie piękna, mroczna suknia, która rozciągała się na zgrabnej kibici naszej nowej koleżanki, niczym dymny całun, pokrywający jej blado-szarą skórę, zaryzykowałbym stwierdzenie, że rozmawiamy z jakimś klanem przekonanych o swojej wyższości jaskiniowców. Powiedzenie: wyżej sra, niż dupsko ma, chyba byłoby tu odpowiednie. Oj, jak bym jej buchnął w twarz...
Coś tam truła o rozkoszy, ale podobało mi się stwierdzenie, że te puste słowa są nic nie warte.
Następna była Ara, która dostała to czego chciała. Może jednak trzeba było zagryźć język zębami i słuchać tego co mówią? Trochę ogłady?
Nie. Białowłosa machnęła ręką, a moja ręka powędrowała wbrew mojej woli do bardzo niewygodnej pozycji. Kurwa, była na granicy złamania. Ból przeszył całe moje ciało. Zakwiliłem cicho z bólu, widząc jednocześnie jak piękna elfka zbliżyła się ku mnie. Logicznym wydał się kolor jej skóry i włosów, skoro nigdy nie widziała słońca. To było jednak ostanie co widziałem, a raczej ostatnie na czym byłem w stanie się skupić. Każde ziarenko piasku, które przebiegało przez klepsydrę, sprawiało że ból stawał się coraz bardziej nieznośny. Wizja lekko mi się zamazała, nie widziałem nic poza mroczkami latającymi mi przed oczami. Tortury...

Nagle ból ustał. Mięśnie rozluźniły się, a po ciele przetoczyła się fala ulgi. Rozmasowałem obolałą rękę, spoglądając na ludzi dookoła, oczami których płomień przygasał. Odwracali wzrok. Na twarzy Barda widziałem nawet chyba złość. Kwiatuszek gapiła się jakby przepraszająco. Nellrien...? Ciężko stwierdzić. Od momentu przebudzenia się, nie chciała nawiązywać żadnej interakcji. Możliwe, że niewiele dla niej znaczyłem przy niebezpieczeństwie... Czyli znaczy, że każdy dba o siebie i nie ma co strugać bohatera? Zerknąłem w kierunku Neeli, która nie ruszała się z miejsca, leżąc na posadzce. Nie wiedziałem co się stało, ale młoda chyba też dostała. Zero woli walki z żadnej ze stron.

- Auth xohlaganini qiladi - odpowiedziałem na pytanie elfki, trochę ostrożniej, będąc przygotowany na kolejną dawkę bólu. - Nie nasza wina... Nic mu też nie kazałem... - spojrzałem jej butnie w oczy. Gapić się nie zabroniła. Przełknąłem ślinę. Wściekłość, jaką odczuwałem z powodu braku Autha, powoli wygasała, zastąpiona pewną nadzieją. Wrona odeszła, czyli że jest niezerowa szansa na to, że ten kruczysyn jakoś się uchował. Inaczej przecież pochwaliłaby się, że go zabili. Wypadałoby też przeżyć, a to znaczy, że trzeba było trochę inaczej podejść do tematu.
- Gdybyśmy inaczej zaczęli znajomość, powiedziałbym... - Szukałem w głowie odpowiednich słów, próbując odkurzać merytoryczne półki ze słownictwem w mojej głowie. - ...Siz qora rangda qotil ko'rinasiz - pozwoliłem sobie na lekki uśmiech. - Ale za to też pewnie byś mi prawie złamała rękę... - Przekręciłem lekko głowę i zamrugałem oczyma, przeganiając ostatnie mroczki. Ładna była. I nawet jak już się na nią tak nie wściekałem, to byłem w stanie zrozumieć dlaczego mi tą rękę tak wykręciła.
- Mogę tłumaczyć - dodałem, nie robiąc zbyt dużej przerwy między zdaniami, by niby nie było, że odzywam się niepytany, czy coś. Ciekawy byłem czy jakkolwiek na to zareaguje.

Na koniec była jeszcze Yuanna. Określona jako płótno, dodana do małej wycieczki, którą zorganizowała Ara. Cudownie. Czyli Nellrien jako dziwka, Yuanna jako druga dziwka i mała grupka, która ma jakieś szanse. Trzeba było coś wymyślić, ale za bardzo nie wiedziałem jeszcze co... Cholernie podziemia.
Błagania Ary, by zabrać dodatkowo Neelę wydały mi się rozsądne, ale ten Jalen? Wybrała go zamiast mnie, ba, nawet nie próbowała walczyć. Pogodzona z moim losem. Nie wiem... Poczułem się nieco dotknięty, ale nie komentowałem wyboru. Z jednej strony logiczny, ale czy to nie my byliśmy drużyną? Nie my ratowaliśmy się z domku w dżungli? A to przepraszam na koniec? Odprowadziłem ją wzrokiem, milcząc dla odmiany upracie. Nie mówiłem co białowłosa przekazała strażnikom. Gapiłem się tylko na ich grupkę twardym wzrokiem, z dziwnym poczuciem zdrady i niechęci. Zostałem sam...

Pałac Zeritha Dalal

9
POST BARDA
- Śpiewak? Będziesz śpiewał - elfka skinęła głową. - Ale nie będziesz już mówił, jeśli nie chcesz stracić rąk. Nie mam cierpliwości. Mniej słów, Pióro.
Jak widać, nie zamierzała nazywać go imieniem, którym się przedstawił, ale czy ktoś się temu dziwił? Dla niej byli tylko bydłem z powierzchni, które mogło, ale nie musiało okazać się przydatne. Jeśli Shiran i rębacze nie chcieli współpracować, sprowadzą sobie kolejnych. Z drugiej strony, nawet pan Zerith Dalal musiał potrzebować kogoś, kto nie będzie inspiracją z powierzchni i nie zajmie się dla niego sztuką, a najbardziej prozaicznymi obowiązkami, jakie można było wykonywać w pałacu.
Gdy z ust półelfa popłynęły tak zaskakujące słowa, białowłosa zatrzymała się w miejscu i odwróciła do niego, rzucając mu kolejne mrożące krew w żyłach spojrzenie. Tym razem był już gotowy i dobrze wiedział, czego się spodziewać, więc gdy jej oczy zabłysły, palce jej drobnej dłoni poruszyły się, nawet nie zrobiło na nim wielkiego wrażenia to, jak jego ciało przeszył ból. A może wynikało to z faktu, że ból ten nie był tak silny, jak poprzednim razem? Nie powaliło go na ziemię, nie wygięło w nienaturalnej pozycji, pozwalając elfce podejść bliżej i złapać go za brodę. Miała zimną rękę.
- Umiem tłumaczyć sama - rzuciła obojętnie. - Jesteś uyatsiz. Ja jestem Lua Argith, prawa ręka pana Zeritha Dalal, jego przyjaciółka i sehrgar w tym pałacu. Mogę skończyć wasze życia jednym zaciśnięciem dłoni. Zerwać wasze nici magią, jakiej nie znacie i nie poznacie. Waż słowa, cho'chqa.
- Nie prowokuj jej
- dobiegł do Shirana drżący szept Nellrien. Elfka strzeliła spojrzeniem w jej stronę i uśmiechnęła się pod nosem, powoli rozluźniając bolesny chwyt, w jakim trzymała brodę półelfa. Magia puściła, ból zniknął.
- Może umrzesz, może nie. Balki senga qaytib kelaman, uyatsiz.
Jalen wydawał się szczerze zdziwiony faktem, że został przez zielarkę wybrany, ale daleki był od protestowania, bo wszystko wydawało się lepsze od pozostania w tym lochu, przykutym do zimnej, kamiennej podłogi. Jeden ze strażników poszedł do wybranych więźniów i pochylił się nad nimi z kluczem, który, jak się okazało, niestety nie rozpinał oków zaciśniętych na ich kostkach, a jedynie odpinał ich od ziemi. Połączył ich w jeden długi łańcuch, na którego przedzie miał iść Dandre, a który kończyć miał Jalen. Zanim jednak elf do niego dotarł, musiał zająć się Nellrien, a ta, niesiona jakąś bliżej nieokreśloną paniką, wcisnęła się trochę w bok Shirana, a trochę w ścianę za nimi, chowając nogi pod sobą.
- Nie... proszę, nie - protestowała w przerażeniu, jakiego jeszcze u niej nie widzieli. Oddychała szybko, z szeroko otwartymi oczami, usiłując uciec przed niewolą, do której już przecież trafiła. Ponownie. - Nie mogę. Ja nie mogę. Nie pójdę. Ja...
Sięgnęła do cholewy buta i wyciągnęła stamtąd mały sztylet, który jakimś cudem umknął uwadze elfów, zbierających ich nieprzytomnych z dżungli. I choć każdy spodziewał się, że rzuci się z nim na strażnika w niepowstrzymanym ataku agresji, rudowłosa przycisnęła niewielkie ostrze do własnej, naznaczonej wzorami pnączy szyi. Jasna skóra ugięła się pod naciskiem.
- Głupia dziewczyna - syknęła Lua. Nellrien krzyknęła w bólu, coś w jej dłoni nieprzyjemnie chrupnęło, a sztylet upadł na ziemię, nie upuszczając ani kropli krwi.
- Proszę... wolę umrzeć. Naprawdę wolę...
Elfka wypowiedziała kolejne słowo, a ciało pani kapitan bezwładnie osunęło się na ziemię. Rude włosy rozsypały się po podłodze jak żar dogasającego ogniska. Nie wiedzieli, czy Lua spełniła jej prośbę, czy tylko chwilowo ją uciszyła i nie mieli jak tego w tej chwili sprawdzić, bo strażnik bezceremonialnie podniósł Nellrien i przerzucił ją sobie przez ramię, jak worek ziemniaków. Półelfowi nie było dane pożegnanie, ale czy w ogóle go chciał, zbyt rozgoryczony tym, jak go potraktowano? Pozostała piątka została ze sobą połączona i skierowana w stronę wyjścia. Ostatnim, co Shiran widział, zanim zamknęły się za nimi ciężkie drzwi, było fioletowe spojrzenie, jakie ich nowa pani rzuciła mu przed wyjściem.

Wyprowadzona z celi grupa znalazła się w długim korytarzu, pełnym zakrętów i rozwidleń. Droga nie była łatwa do zapamiętania. Wznosiła się stopniowo w górę, aż wyszli na zewnątrz - o ile można było tak nazwać rozległe podziemia, nad którymi wznosił się kamienny sufit. Opuścili mały, prostokątny budynek, wtopiony w skałę i znaleźli się na szerokim dziedzińcu. Ogród, pełen nienaturalnych kwiatów, świecących grzybów i kompletnie obcych im roślin, mógłby zachwycać, gdyby nie wisiała nad nimi tak przerażająca niewiadoma. Na środku placu stał posąg, przedstawiający nagą kobietę, z rękami uniesionymi w górę. Woda wypływała z jej dłoni i spływała po jej ciele wzdłuż geometrycznych wyżłobień, jakie stworzono w kamieniu. Za nią wznosił się pałac pana Zeritha Dalal - zaskakująco strzelisty budynek, wypełniający niemal całe pole widzenia i przytłaczający swoją wielkością. Podziemia mrocznych elfów nie były plątaniną jaskiń. Były wielką, rozległą krainą, z której ucieczka mogła okazać się znacznie trudniejsza, niż początkowo zakładali.
- Pan Zerith Dalal was obejrzy. Macie okazać szacunek - poleciła Lua.

- Moglibyśmy spróbować stąd wyjść sami - zaproponował brodacz, jeden z tych mężczyzn, którzy zostali z Shiranem w celi. Długą chwilę zajęło mu, by przemóc się i odezwać, bo Lua budziła niemałe przerażenie, ale teraz faktycznie wyglądało, jakby mieli ku temu mniej lub bardziej sprzyjającą okazję. Mały sztylet Nellrien leżał obok półelfa, zignorowany zarówno przez strażników, jak i przez ich oprawczynię. Nie był traktowany jak poważna, niebezpieczna broń, mając wielkość przeciętnego noża do sera.
- Nikt nas nie pilnuje. Musielibyśmy tylko pozbyć się łańcuchów - mężczyzna wstał i szarpnął nogą. - Spierdolić stąd przez tę samą dziurę, w którą nas tu wciągnęli. Może zarąbać kilku po drodze. Pieprzone diabły. Co ona ci mówiła? Shiran, tak? Rozumiałeś ją.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

10
POST POSTACI
Shiran
Chyba udało mi się naszą białogłową zainteresować... Jeśli tak mogę nazwać mrożące krew w żyłach spojrzenie i butny krok. Jak tylko dostrzegłem rozbłyskujące oczy i poruszające się palce, przygotowany byłem na najgorsze. Tylko, że... Nie było tak źle? Byłem w stanie mówić, nie pojawiły się żadne mroczki, ani nic podobnego! Podobało jej się to? Okej, przyznać muszę, że wciąż bolało, ale nie była to kategoria: "Ja pierdole, zaraz zemdleję z bólu".
Chwyciła mnie swoją smukłą i chłodną dłonią za brodę, wymuszając bym patrzył w jej fioletowe, świecące oczy.
- Widzę, że umiesz... Ale chyba przemiał macie tu niezły. Ugh... - jęknąłem, gdy uchwyt elfki zyskał na sile. - Będziesz w stanie tłumaczyć słowa każdego pojmanego? - negocjowałem o własne życie, narażając się na coraz mocniejszy ból. Może i byłem teraz butny jak ona, ale nie zamierzałem udawać nikogo innego.
- Uyatsiz... Raczej idrok etuvchi. Mówię co widzę. Potrafię docenić go'zallik va xarakter - Mimo lekkiego bólu wykręcającego dłoń, byłem w stanie się nieco uśmiechnąć. Ponownie. Nie jakoś specjalnie czarująco, ale jednak.
- Jesteś bardziej kreatywna. Wymyślisz coś lepszego niż oklepane cho'chqa... - Trochę bardziej zadziorny uśmiech wykwitł na mej twarzy. Mam przejebane.

Zauważyła to nawet chyba Nellrien, która nagle przypomniała sobie o moim istnieniu, prosząc bym nie prowokował mrocznej elfki. Magia puściła, ból przeminął, ale tym razem bez ulgi, jaka pojawiła się wcześniej. Zaowalona obietnica Luy, jak miała na imię moja oprawczyni, była moją szansą na wyjście z tego cało. Nie wiem do czego to zmierzało i nie miałem pojęcia jak skończę (poza wytworzeniem syndromu sztokholmskiego). Cóż... Kto nie ryzykuje szampana nie pije. W najgorszym wypadku i tak zginę, nieprzyporządkowany do żadnej rozsądnej roli.

Jeden ze strażników zajął się zbieraniem ekipy wycieczkowej. Wtedy to mniej więcej Nellrien odpierdoliło. Przerażenie w jej oczach, szybki oddech, próba ucieczki. Skorelowałbym to może i z traumą po poprzednim niewolnictwie, ale przecież jesteśmy zakuci w łańcuchy od samego początku. Do niedawna mój Płomyczek, sięgnęła do cholewy buta, wyciągając nóż. Przyłożyła go sobie do gardła. Patrzyłem się na to oniemiały. Nic do mnie nie docierało. Chciała się zabić... Chciałem zareagować, ale czułem się odrętwiały. Na szczęście Lua była odpowiednio szybsza, najprawdopodobniej łamiąc coś w dłoni pani kapitan, niemniej jednak zmuszając ją do puszczenia ostrza. Jej blada, naznaczona wzorami skóra była bezpieczna. Chwilę potem Nellrien bezwładnie osunęła się na ziemię. Woli umrzeć niż być niewolnicą... Wątpię, by białowłosa spełniła jej prośbę. Ja jeszcze z jakiegoś powodu dalej żyłem. Gdyby chciała dać jej umrzeć, mogła po prostu nie reagować. Poza tym syknęła o niej, że jest głupia. Byłem więc spokojny... I wdzięczny mrocznej elfce. Mogę okłamywać sam siebie, ale jednak w jakiś sposób mi na niej zależało. Resztę odprowadziłem chłodnym spojrzeniem, obserwując jak wychodzą gęsiego. Po zamknięciu się drzwi, nie mogłem się nie uśmiechnąć, sam do siebie. Czy to przez te fioletowe oczy i chęć dalszego drażnienia się? Może...

Usiadłem na ziemi i dostrzegłem ostrze pozostawione przez Nellrien. Że też go nie zabrali... Siegnąłem od niego i obejrzałem go dokładnie. Zwykły kozik. Sprawdziłem czy był ostry. Może nie żyleta, ale nadawał się. Spojrzałem po łańcuchach. Grube, solidne okowy, jak mi mówiło moje niewprawione w niewolnictwie oko. Spróbować można było.
- Moglibyśmy - zawyrokowałem, gdy zaproponowana została ucieczka. - A dokładniej moglibyście... Przez dziurę i sprowadzić jakąś pomoc, jeśli się da. Ja muszę spróbować znaleźć Autha... Zostaję tutaj. Sam - Postawiłem na swoim, tonem nie znoszącym sprzeciwu. Temat ucięty. Nie chciałem im mówić, że niespecjalnie zależy mi na tym, by przeżyli. Co innego Nellrien, którą jakoś wypadałoby wyciągnąć. Neele może też. Ara i pan Śpiewak? Jeszcze nie wiem... Dość mocno mi podpadli.
- Mówią po elficku, więc ta, zrozumiałem. Z tego co wyłapałem to nie macie za wiele czasu... - powiedziałem spokojnie, zbliżając się z nożem po kolei do każdego z łańcuchów. Oceniłem ich grubość i czas, jaki zajmie mi ich zdjęcie. Zebrałem je w kupie, tak by był jakiś punkt wspólny, ująłem wygodniej ostrze i dobierając moc ładunku, ciąłem przez łańcuchy, z daleka od nóg, tak by pozostawić na nich magiczne nacięcie. Raz za razem, ładując energię w kolejne cięcia. Musiałem dobrze oszacować zasięg, tak by nikomu nie stała się krzywda. Gdy byłem gotowy, odszedłem kawałek i kazałem odsunąć się reszcie.
- Zaraz jebnie... Po tym nie będziecie mieli za wiele czasu. - ostrzegłem i pstryknąłem palcami. Echo jakie poniosło się po jaskini nie było zbyt przyjemne. Nie wiedziałem czy ktoś to usłyszy, ani czy ktoś będzie chciał sprawdzić co się dzieje. Dlatego też lećcie, moje mięso armatnie. Może akurat wam się uda uciec i kogoś przyprowadzić.

- Powodzenia - rzekłem, gdy było po wszystkim, sam siadając na zimnej posadzce i czekając na pojawienie się fioletowych oczu... Bądź też kogokolwiek. Szwędanie się po zamku, gdy nie jest się szarym, było skrajnym idiotyzmem.

Pałac Zeritha Dalal

11
POST BARDA
Shiran

Brodacz pokręcił głową i zmarszczył brwi, słysząc deklarację Shirana.
- Kogo znaleźć? Nie ma tu nikogo więcej! - rozłożył ręce, wskazując opustoszałe pomieszczenie. Imię kruka nic mu nie mówiło, on nie był traktowany na równi z wybawicielami Kattok i nie czekała na niego sława taka, jak na humanoidalnych członków swojej drużyny. Kolejny minus bycia ptakiem.
Mężczyzna jednak nie protestował. Wraz ze swoimi towarzyszami po prostu czekał, aż półelf wprowadzi swój plan w życie. Sztylet Nellrien zostawiał ślady w materii, choć przez nasycenie magią zupełnie inne, niż zostawiałby normalnie. Linie na łańcuchach pulsowały energią, czekając na moment, w którym Shiran pozwoli jej się wyzwolić... i nie musiały czekać długo. Huk poniósł się po jaskini i najpewniej daleko za nią, a więzy opadły, uwalniając wszystkich, łącznie z tym, kto rzucał zaklęcie.
Mężczyźni nie podzielali założeń swojego współwięźnia, woląc spróbować czegokolwiek, niż tkwić tutaj i czekać, aż Lua wróci i zada im więcej cierpienia. Podnieśli się, przeciągając przez okowy te resztki łańcuchów, które jeszcze się ich trzymały. Z samą obręczą na kostce przemieszczanie się po pałacu nie powinno być tak trudnym zadaniem. Jeden z nich złapał swój łańcuch i zważył go w dłoni, robiąc sobie z niego prowizoryczną broń. Żaden, poza brodaczem, który się nie przedstawił, nie wydawał się szczególnie przejęty dalszym losem półelfa, skoro już byli wolni. Podziękowali, ale na tym kończyła się ich zażyłość. Inny mężczyzna podszedł do drzwi i pociągnął za nie ostrożnie, a te posłusznie się uchyliły. Nikt nie zakładał, że więźniowie wyzwolą się z łańcuchów, po co było ich zamykać? Nie wiadomo zresztą, co znajdowało się poza ich celą. Istniało ryzyko, że to nie drzwi, ani nie łańcuchy miały skutecznie ich powstrzymywać przed ucieczką.
- Powodzenia zatem - rzucił brodacz przez ramię, zmartwionym spojrzeniem mierząc obojętnie siedzącego na podłodze Shirana. - Niech ci bogowie sprzyjają.
Zamknęli za sobą drzwi i półelf został sam. Opuszczony przez swoich dotychczasowych towarzyszy, przez Autha, Nellrien, a teraz także przez tych obcych mężczyzn, którzy przez chwilę stanowili braci w niedoli, siedział w jaskini, choć nie był już przykuty do kamiennych płyt. Światło fioletowych kryształów odbijało się od obręczy na jego kostce, przypominając o oczach Luy. Czekał, ale na co? Jeśli piękna, mroczna wiedźma zabrała pozostałych do Zeritha, mogli być już zbyt daleko, by usłyszała huk, a nawet jeśli, mogła nie chcieć, lub nie móc zawrócić. Shiran nie miał pewności, że ktokolwiek pojawi się w jego celi. W ciszy słyszał tylko swój oddech i powolne, równe pokapywanie wody, która musiała spływać gdzieś w okolicy.
W pewnym momencie z zewnątrz dobiegły dźwięki zamieszania, a potem przez drzwi wpadło dwóch strażników - innych, niż ci, z którymi przedtem była tu Lua. Trzymając w rękach włócznie, przesunęli spojrzeniem po pomieszczeniu, zauważając przerwane łańcuchy i ostatniego, samotnego więźnia.
- To chyba stąd był ten hałas. Gdzie jest reszta? Lua nas zabije - rzucił jeden w swoim języku, nie zdając sobie zapewne sprawy z tego, że więzień go rozumie. Pochylił się i obejrzał łańcuchy. - Odcięte?! Jaka broń tak rozetnie metal? Nie mieli broni! Wszystkich sprawdzają przy bramie!
Drugi elf warknął wściekle i w kilku krokach znalazł się przy Shiranie, a grot opuszczonej włóczni oparł się o jego klatkę piersiową.
- Gdzie jest reszta?
- Nie rozumie cię, głupcze. Co ci ma powiedzieć? Szczypszabobrze?
- prychnął pierwszy strażnik, przedrzeźniając wspólną mowę.
- Domyśli się. Gdzie. Jest. Reszta? - powtórzył, a broń wcisnęła się mocniej w pierś półelfa, tak, że zaczął już czuć jej ostrość. Opuścił wzrok na nogę więźnia, która powinna być przytwierdzona łańcuchem do podłogi, a nie była. Warknął wściekle coś, czego półelf nie zrozumiał.
Zza ich pleców, pod drzwiami, do pomieszczenia zaczął wnikać gęsty, czarny dym. Wijąc się po podłodze, niczym upiorna mgła, płynął w stronę strażników i siedzącego na podłodze Shirana.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

12
POST POSTACI
Dandre
Słysząc groźbę, Birian zmrużył lekko oczy. W pełni zdawał sobie sprawę z faktu, iż jego gadatliwość była teraz problematyczna, ale chęć dopowiadania, wciskania gdzieś jeszcze jednego słowa, niezależnie od tego, czy było tam faktycznie potrzebne, czy też nie, niemal zagłuszała w nim instynkt samozachowawczy. Szczególnie, że cóż z tego, iż znalazł się w niewoli istot, które spoglądały nań jak na irytującego insekta. Znalazł się w nowej, fascynującej sytuacji i tysiąc pytań cisnęło mu się na język, który zaraz miał sobie przegryźć.
- Czasem mowa jest tylko srebrem… – kiwnął głową do elfki, posyłając jej szeroki uśmiech, podczas gdy z jego błękitnych oczu zionął śmiertelny chłód. Zastanawiało go czemu zapytała go o imię, ale nie mówił już nic więcej.


Nie wiedział co dokładnie Shiran mówił do elfki, ale znał się na ludziach wystarczająco, by w swoim mniemaniu wyłapać sedno tych słów. Pomagał ten durny, ni to zaczepny uśmieszek, który wcześniej nie schodził mu z ust, gdy próbował wbić się w łaski pani kapitan. Wnioski do jakich doszedł wywołały w nim taką konsternację, że aż uszczypnął się w udo, coby po raz kolejny upewnić się, że to na pewno jawa. Co próbował ugrać ten szalony kuglarz? Czarodziejka pochwyciła ich drogiego imbecille w uścisk swej plugawej magii, a gdy się nad nim nachyliła ten dalej suszył ząbki, jakby tylko czekał aż jeszcze go spoliczkuje, albo, na Bogi, żeby pochwyciła coś zgoła innego od brody. Co tu się odpierdala? Czyżby pani kapitan była dla niego zbyt potulna?

Biernie przyglądał się paskudnej scenie, która się przed nimi rozgrywała. Nie potrafił wyobrazić sobie krzywdy, którą wyrządziła Nellrien niewola. A może po prostu nie chciał zapędzać się tam myślami, aby nieświadomie nie przyjąć na siebie choć części jej bólu. Pamiętał, jak zieloni obchodzili się z niewolnikami w Ujściu.
Potrząsnął głową, odganiając od siebie wszelkie myśli. Zapragnął stać się na moment białą kartką, pustym przedmiotem nieświadomym tragedii rozgrywającej się tuż obok niego… Obojętnym na krew, która mogła po nim spłynąć. Próbował wbić pusty wzrok w ziemię, skupić się na lekkim dotyku, którym przed chwilą próbował uspokoić Yunanę.
Krew z rozgryzionego języka wypełniała mu usta. Chciał, by jej metaliczny smak był wszystkim, co do niego dociera, ale płonna to była nadzieja.
O ileż wszystko byłoby prostsze, gdyby zawsze to była tylko jego krew, jego ból, jego upokorzenie.
Przełknął zabarwioną szkarłatem ślinę.
Nóż rudowłosej uginał białą skórę, teraz tak śmiesznie kruchą, jakby nieprzystającą do tej żelaznej niemal kobiety… która błagała o śmierć.
Ścisk w gardle doprowadzał go do szaleństwa, narastał w nim głuchy krzyk, którego nie ośmielał się już wydobyć. Łzy bezsilności cisnęły mu się do oczu, acz powstrzymywał je ze wszystkich sił.
Dopiero w tej chwili poczuł się jak pył.


Chrzęst kości i pogłos upadającego ostrza rezonowały mu w głowie, gdy podnosił się z kolan, a strażnik przerzucał sobie zwiotczałe ciało Nellrien przez ramię. W jego spojrzeniu nie było już ognia nienawiści, który rozgorzał, gdy Neela wiła się w bólu na podłodze. Pozostała jeno pustka, z którą próbował sobie jakoś poradzić. Prawa dłoń drżała mu, niczym u jednego z brudnych ćpunów, z których słynęło niegdyś Ujście.
Po raz pierwszy od dawna naprawdę się bał. Nie był w stanie znaleźć w sobie choćby iskry tej brawury, która nie raz pchała go w objęcia kostuchy, tej samej, która kazała mu wspiąć się na kamienne monstrum w sercu kattockiej dżungli.
Przy drzwiach obrócił się na chwilę w stronę Shirana. Zmierzył wzrokiem jego dziwną osobę, której zawdzięczał przecież życie. Nie potrafił zrozumieć, co kryło się w głowie półelfa. Jednak to, co widział przed paroma chwilami sprawiło, że w ostatnim spojrzeniu, którym obdarował go przed wyjściem znów przewinęła się ta sama niechęć, co niegdyś; w środku krwawego zaćmienia.
W przeciwieństwie do Ary nie mówił, ani nie obiecywał mu nic. Być może w przeciwieństwie do młodej pogodził się ze swoim brakiem sprawczości.


W milczeniu szedł tam, gdzie mu wskazano. Co jakiś czas nieznacznie wysuwał za siebie rękę, szukając choćby namiastki bliskości w czyimś dotyku, ale zaraz ją cofał, jakby raz za razem przegrywał ze sobą jakąś wewnętrzną batalię. Garbił się nieco, a w jego kroku próżno było szukać tej żywiołowej sprężystości. Ale czy w takiej sytuacji mogło być jakkolwiek inaczej?
Gdy wyszli na zewnątrz odruchowo przystanął. W jego pustym dotychczas spojrzeniu na chwilę pojawiła się ta namiastka dziecięcej niemal fascynacji. Rozgorączkowany wzrok barda badał naprędko świecące grzyby i przedziwne kwiaty, którym nie mógł odmówić swoistego piękna. Docenił też kunszt rzeźby, stojącej pośrodku placu.
Te istoty nie były tylko morderczymi grabieżcami. Czy to za sprawą władcy tej domeny, czy też nie, potrafiły tworzyć rzeczy niezaprzeczalnie piękne. Jeśli była w nich jakakolwiek wrażliwość na sztukę, to czy naprawdę nie istniała tu szansa na dialog?
Uśmiechnął się krzywo, stwierdziwszy w duchu, że podobna rzeźba w Keronie najpewniej zostałaby zdarta z placu przez wyznawców tego, czy innego bóstwa.
- Kunsztowne żłobienia, świetne rzemiosło – mruknął, odzywając się po raz pierwszy, odkąd kazano mu się zamknąć. Przytłaczał go widok ogromnego pałacu, ale… Było się w jednym, to było się we wszystkich, nieprawdaż?
Wyprostował się i spojrzał na elfkę.
- My jesteśmy do tego zdolni – stwierdził chłodno. – Jak zwracać się do twego Pana, shrgar Argith, kiedy spłynie na nas zaszczyt odezwania się przed jego obliczem? – nie był pewien, czy słowo, którym określiła się wcześniej w jaskini było jakimś tytułem, ale… cóż. Próbował znaleźć jakąkolwiek nić porozumienia.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

13
POST POSTACI
Shiran
Brodacz od samego początku działał mi na nerwy. Te jego głupie pytania: "Kogo?", "Po co?". Na tym się jednak skończyło. Utkał dupę i więcej nie podnosił tematu. Dziwne, że kruk, który prawie wydziubał oczy jedynemu do niedawna bardowi, nie był żadną ludową sensacją. No, ale kto się skupia na zwierzętach.
Nie protestowali też na mój plan. Proste pstryknięcie palcami i po jaskini poniósł się tak doniosły huk, że byłem pewny, że ktoś to usłyszy. Fioletowo-oka? Strażnicy? Chuj wie. Ktoś na pewno się zjawi.

Usiadłem wygodnie na chłodnej posadzce, czując jak dotkliwe zimno sączy się powoli przez materiał. Długo tak nie wytrzymam - najwyżej później się porobi kółeczka dookoła jaskini. Zgraję uciekinierów odprowadziłem wzrokiem - zniknęli szybciej niż się spodziewałem. Tym samym, zostałem sam. Fioletowe światło rzucało lekki blask na kamienne mury pomieszczenia, tworząc niewiarygodny i tajemniczy klimat. Prawie jak w jakimś ekskluzywnym burdelu (nie że w takich bywałem...). Każdy szmer odbijał się echem, ciągnąc się wzdłuż lśniących skał, czy cokolwiek to, kurwa, było. Czy myślałem o czymś konkretnym?
Odciąłem się od bodźców zewnętrznych i od napływających emocji. Przeszłość, która próbowała mnie dopaść i poczucie bezsensu, z którym uparcie walczyłem... Tak naprawdę do momentu spotkania Autha. Głupio przyznać, ale w pewien sposób ten mały skurwysyn, stał się dla mnie przyjacielem. Kim stała się więc Nellrien?
Odtwarzałem raz po raz w głowie wydarzenie, które miało miejsce nie taką już chwilę temu. Widziałem wyraźnie, jak rudowłosa przykładała sobie do szyi ostrze, mówiąc że woli umrzeć, niż znowu trafić w niewolę. Wciąż czułem się tak, jakby ktoś mnie wmurował w ziemię. Przygnieciony swoistą odpowiedzialnością i przejęty jej deklaracją. Zależało mi na niej, ale nie potrafiłem w tamtym momencie zareagować. Chciałem, ale... Nie umiałem. Czy mi na niej naprawdę zależało? Może też byłem pod tym względem pierdolnięty? Że mimo cierpienia Nellrien, uśmiechałem się jak głupi do nowego wyzwania, jakim była Lua, wmawiając sobie że pani kapitan nie reagowała, ani na moje nieudolne próby zostania jej rycerzem, ani nawet nawet na wszystko co się działo potem. Czy znowu byłem sam? Co czuła Nellrien? Co JA, do kurwy smutnej nędzy, czuję?
Nie wiem, ale wiedziałem że czułem się dziwnie z myślą, że mógłbym się do kogoś przywiązać. Nie było to w moim stylu. Wkurwiała mnie jednak mocniej obojętność Nellrien, która... Może po prostu była przerażona? Uciekała w moim kierunku, ze źrenicami rozszerzonymi niczym łania goniona przez myśliwego. Oczekiwała, że ją obronię?

Potrząsnąłem głową. Nellien Maver nie oczekiwała niczego, od nikogo. Na tyle na ile ją znałem... Czy taka była prawda? I co za nieznośna myśl nie pozwalała mi zaznać choć chwili spokoju? Fioletowe oczy?

Rozwodziłbym się nad tematem dłużej, ale w okolicy drzwi narastał szmer, który płynnie przerodził się w klęcie. Dwójka strażników chyba zorientowała się w mniejszym lub większym stopniu, że chyba ktoś im spierdolił. Bystrzaki.
Leniwie wstałem, z pewnym ociąganiem, prostując nieco już zasiedziane kości. Jednak chłód nie był aż tak dotkliwy jak podejrzewałem. Spojrzałem na przybyłych jegomości, przekrzywiając głowę. No inteligencją to oni nie grzeszyli. Jeden z nich warknął wściekle i przybiegł do mnie z wystawioną włócznią. Pytał gdzie są uciekinierzy. Jakbym kurwa miał znać rozkład pałacu. Jeśli dobrze rozumiałem, we wspólny też nie za bardzo umieli, patrząc jak bardzo kaleczyli słowa. Grać głupa i udawać, że nie wiem o co chodzi? Ryzykowne, ale brzmi jak wyborna zabawa. Mogli mnie zabić, ale czy to pierwsza taka sytuacja w jakiej się znalazłem? To już nie była inwazja zza światów, ani tsunami, z którym nie dało się walczyć. To nie były żywioły, których nie dało się poskromić... To były zwykłe elfy, które żyły sobie pod ziemią, a przynajmniej tak wnioskuję po ich języku. Nie było to nic innego jak trafienie do lochu jakiegoś bogatego lorda, któremu się zbałamuciło córkę.
- Jestem magiem ognia! Sehrgar! - powiedziałem głośno i wyraźnie we wspólnym, zapożyczając ostatnie słowo, prawie jak do niedorozwojów. Wtedy, co prawda też, poczułem ostrze włóczni, co przyznaję nie było zbyt przyjemnym doświadczeniem. Serce nieco szybciej mi zabiło, ale wiedziałem że nie mogą sobie pozwolić po prostu mnie zabić.
- Lua mówiła, że mogę - powiedziałem z pewnością, wciąż we wspólnym. Nie wiedziałem czy cokolwiek zrozumieją. Grałem na jedną kartę.
Kątem oka dostrzegłem jednak coś ciekawszego. Upiorna, czarna mgła, sunąca gładko po ziemi. Nie wyglądało to naturalnie, ale może nie było to nic niezwykłego w tej krainie. Albo... Pełen nadziei czekałem na rozwój wydarzeń. Miałem nadzieję, że uda mi się przeciągnąć sytuację na tyle długo, by mgła dotarła do strażników. Jeśli nic się nie stanie, będę myśleć co dalej.

Pałac Zeritha Dalal

14
POST BARDA
Dandre i Aremani

Dandre nie musiał być wyjątkowo biegły w odczytywaniu emocji, by dostrzec zadowolenie, jakie przebiegło przez popielatą twarz elfki, gdy zwrócił się do niej tytułem, którym sama się nazwała. Zerknęła na niego z ukosa.
- Panie - odpowiedziała krótko, przenosząc potem spojrzenie na skomentowaną przez barda rzeźbę. - Tak. To dzieło pana Zeritha Dalal, jak większość sztuki w tym pałacu. Większość figur. Malowidła ścienne robiła Zentha Balro - doprecyzowała, tak jakby nazwisko to miało cokolwiek im powiedzieć. Nie mówiło, słyszeli je po raz pierwszy.
Lua i strażnicy poprowadzili ich przez piękny, podziemny ogród pod same ściany pałacu, by potem skręcić w prawo i dotrzeć na rozległy taras, oświetlony przez formację nienaturalnie dużych grzybów, tym razem błękitnych. W ich blasku oczy elfiej czarodziejki niezmiennie pozostawały fioletowe. Na tarasie stała prosta, pozbawiona oparcia, kamienna ława, na której, w towarzystwie znudzonego strażnika, centralne miejsce zajmował odziany w eleganckie szaty mężczyzna. Lata młodości miał już daleko za sobą, a jego chuda twarz przeorana była zmarszczkami. Żadne z nich nie wiedziało, jak długo żyją mroczne elfy, mogli więc domyślać się jedynie, ile wiosen było mu już dane przeżyć. Istniała szansa, że jeśli zaskarbią sobie zaufanie shrgar Argith, będą mogli zadać jej pytania, na które może nawet dostana mniej lub bardziej konkretne odpowiedzi.
Teraz Lua skłoniła się lekko i powiedziała coś w języku, którego nikt nie rozumiał, a elf, który musiał być nikim innym, jak Zerithem Dalal, podniósł się z ławki i podszedł do nich bliżej, lustrując uważnym spojrzeniem każde z nich. Teraz przydałby się im Shiran w roli tłumacza, ale został on w jaskini, w lochach, czy jakkolwiek należało nazywać miejsce, w jakim się przebudzili. Może przynajmniej wiedziałby, o czym mowa. Wiedziałby, co Zerith powiedział później, gdy niosący Nellrien strażnik przełożył ją tak, by można było przyjrzeć się jej twarzy. Wiedziałby, czego dotyczyły zdania, którymi się wymieniali zbyt szybko, by którekolwiek z nich było w stanie wyłapać choćby jedno znajome słowo. Wiedziałby, dokąd później została zabrana nieprzytomna, lub martwa rudowłosa, podczas gdy oni mogli tylko bezradnie obserwować, jak niosący ją elf odwraca się i wchodzi przez duże, podwójne drzwi do pałacu. Dandre wyłapał swoje nazwisko, wypowiedziane w ciągu innych, niezrozumiałych słów i choć nie miał pojęcia, o co chodzi, zdał sobie sprawę, że jednak zostało ono zapamiętane.
Potem Lua łaskawie zaczęła z powrotem mówić w języku, jaki rozumieli.
- Pan Zerith Dalal jest zadowolony. Dziś odbędzie się uczta z okazji dnia odzyskania słońca. Będziecie dla gości rassomlar z naszego nowego świata. Ty będziesz grał muzykę powierzchni, Pióro - zwróciła się do Biriana. - Dostaniesz instrument. Jakie są instrumenty powierzchni? Przyniosą ci kilka, wybierzesz. Ty przygotujesz obrazy. Szkice. Mapy, rośliny i zwierzęta. Opowiesz gościom o powierzchni, razem z twoimi skrybami. Zostaną ci dostarczone... - Lua przez chwilę szukała słowa. Nie znalazła. - Rzeczy do rysunku.
Aremani wciąż miała przy sobie swój notatnik. Nie odebrali jej go, być może dochodząc do wniosku, że to tylko nieistotna książka, a może przeszukując ich tylko pobieżnie pod względem broni. Gdyby Argith zdawała sobie sprawę, jak bardzo wartościowe dla nich mogłyby być znajdujące się tam informacje, inaczej podchodziłaby do sprawy. Znajomość fauny i flory tego świata, który właśnie podbijali, jego niebezpieczeństw i tajemnic, ocaliłaby wiele mrocznych żyć. Mało prawdopodobne jednak, by zielarka była skłonna podzielić się swoją zdobywaną przez lata wiedzą z kimkolwiek w podmroku.
- Ty zostaniesz z panem Zerithem Dalal - Lua zwróciła się do Yunany. - Przygotuje cię do uczty.
Wyspiarka zbladła i zrobiła krok w bok, usiłując odsunąć się od strażnika, który zaczął odpinać ją od pozostałych.
- Jeśli dostarczycie mi tkaniny, nici i coś do cięcia, mogę stworzyć dla was stroje z powierzchni. Jeden, dwa, jeśli się pospieszę, w zależności od tego, ile zostało czasu...
- Widzimy stroje z powierzchni. Macie je na sobie. Twój jest piękny
- elfka uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu nie było niczego przyjemnego. - Nie. Ty będziesz płótnem.
- Potrafię tańczyć
- negocjowała Yunana rozpaczliwie, podświadomie przeczuwając, że nie wiąże się to z niczym dobrym. - Potrafię...
Drugi strażnik, ten, który stał u boku pana tego pałacu, przejął jej łańcuch i pociągnął za niego gwałtownie, zmuszając ją do zamilknięcia i przytrzymania się brzegu ławki, by nie paść jak długa na ziemię. Usiadła przy niej na ziemi, obserwowana przez na pozór chłodnego, obojętnego Zeritha.
- Nie - szepnęła cicho. - Nie chcę... nie chcę być płótnem. Nie chcę zostawać sama. Proszę. Mogę...
Lua rzuciła rozkaz i trzeci strażnik ruszył w stronę wejścia do pałacu, prowadząc ich za sobą. Krok za krokiem, oddalali się od coraz bardziej przerażonej kobiety.
- Nie! Zabierzcie mnie ze sobą! Dandre! Dandre, proszę...
Urwała, by zamiast dalszych błagań krzyknąć, gdy strażnik złapał ją za jej gęste, ciemne włosy i szarpnął ją za nie do tyłu. Lodowate, ostrzegawcze spojrzenie shrgar Argith i magia tląca się w jej oczach jasno i konkretnie dawało im do zrozumienia, a przede wszystkim Birianowi, co może się wydarzyć, jeśli nie będą szli dalej posłusznie. W oczach Neeli, której nastawienie względem Yunany było dotąd dalekie od pozytywnego, błysnęły łzy, ale tylko bezradnie opuściła głowę. Ból, którego doświadczyła już raz, musiał być wystarczającym argumentem dla obojętności.

Shiran

Strażnicy, nieświadomi targających Shiranem emocji, ale za to doskonale rozumiejący słowo shrgar, przez moment wyglądali, jakby byli blisko cofnięcia się o krok - a przynajmniej jeden z nich, ten który trzymał włócznię przy piersi półelfa. Drugi jednak podszedł bliżej i zmarszczył nos pogardliwie, choć by patrzeć na Shirana, musiał unosić lekko głowę. Żyjąc od wieków w podziemiach, mroczne elfy nie należały do najwyższych ras. To jednak nie znaczyło, że należało ich traktować jako gorszych. Nie było wiadomo, jakimi umiejętnościami mogli pochwalić się ci dwaj.
- Po prostu go zabij - mruknął drugi strażnik. - Pozbędziesz się pro... co to... co jest...
Opuścił wzrok w dół, w kierunku swoich stóp, wokół których czarna mgła zaczęła owijać się niczym głodne macki. Zrobił krok w bok, potem drugi, ale mrok podążał za nim, wspinając się stopniowo coraz wyżej po jego łydkach, kolanach i udach. Dopadł też pierwszego, który w panice opuścił broń, by zamiast Shirana zacząć dźgać niematerialny dym, tak jakby miało to mu jakkolwiek pomóc.
A potem zniknęli w ciemności, gdy mgła podniosła się z ziemi, wypełniając całą przestrzeń wokół półelfa, zostawiając zaledwie niewielkie bezpieczne pole - miejsce, w którym siedział on. Zapadł mrok, gdy nawet fioletowe światło kryształów nie potrafiło się przez nią przebić. Jak w ciemnościach najgorszej nocy, gdy nawet księżyce i gwiazdy nie pozwalały niczego dostrzec, zupełnie, jakby na dobre stracił wzrok, Shiran usłyszał dwa długie, ale głuche krzyki, a potem łomot upadających na ziemię ciał, jednego po drugim.
Zamiast zabić także jego, mgła zaczęła formować się i przybierać kształt, tuż przed nim, tak, że gdyby wyciągnął rękę, mógłby jej dotknąć. Zwęziła się i zgęstniała, górując nad półelfem upiornie, jakby miała z góry zanurkować na niego w ostatecznym ataku. Półprzezroczyste skrzydła ciemności zwinęły się stopniowo, tworząc dużą sylwetkę o z grubsza humanoidalnym kształcie i pozwalając Shiranowi dostrzec leżące nieopodal, martwe ciała dwóch elfich strażników. W miejscu ich oczu ziały czarne, wypalone dziury, jakby wetknięto w nie żarzące się węgle.
Mgła zawirowała, a postać przed półelfem przybrała bardziej rzeczywistą formę, choć jej brzegi wciąż zdawały się poruszać i rozmywać, jak inkaust, rozlewający się po blacie. Z ptasiej głowy, zakończonej dużym, czarnym dziobem, spojrzały na niego pomarańczowe oczy.
- Nie masz szczęścia, elfie - w jego głowie rozbrzmiał znajomy głos.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

15
POST POSTACI
Dandre
Zadowolenie na twarzy ich fioletowookiej prześladowczyni jednoznacznie pokazało mu, że trafił we właściwą strunę. Bogowie, może faktycznie czasem warto było zamknąć się, by kogoś wysłuchać? Pokiwał głową, kiedy poczuł na sobie jej spojrzenie. Temat tytularności uznał za zamknięty. Z na poły tylko udawanym zainteresowaniem i szczerym skupieniem obserwował rzeźbę. W umyśle barda na moment pojawiło się wspomnienie Yunany i kropel wody, od których nie potrafił oderwać wzroku. Śledził wędrówkę wody po rzeźbie i uśmiechnął się delikatnie do tego, co tak nagle i, zdawałoby się, bezpowrotnie przeminęło. To przerażające jak szybko potrafi runąć świat. Ileż razy musiał już na to patrzeć… Magini mówiła, a on w zadumie kiwał głową, zastanawiając się, czy to teraz aby nie przyjdzie mu zatańczyć z losem po raz ostatni.
- Winszuję więc maestrii twego pana. Zdaje się, że swym dłutem nadał kamieniowi zwodniczej, powabnej miękkości, wyczyn godny największych artystów – chuja się znał na rzeźbie, ale sztuka to sztuka; w rozmowie na jej temat byłby w stanie nalać i z pustego. Wciąż starał się jednak nie paplać za dużo, pragnąc uniknąć niepotrzebnych nieprzyjemności.
Splótł więc dłonie za plecami, przywdziewając na twarz wyraz natchnionej zadumy.
Zentha Balro… – posmakował imienia, które było dla niego jeno przypadkową zbitką liter. – Muszę przyznać, że dotychczas nie poświęciłem im wystarczającej, godnej ich, jak mniemam uwagi, ale postaram się to naprawić. Kimże jest malarka, która za nimi stoi? Na taki zaszczyt zapewne musiała sobie zapracować – dodał jeszcze, kiedy już ruszyli dalej przez piękny ogród. Otaczający go świat szczerze go fascynował, jednak podskórne poczucie grozy i obezwładniającej beznadziei utrudniały mu obcowanie z nim w charakterystyczny dla niego sposób. Błysk fascynacji szybko zniknął ze spojrzenia barda, które znów stało się puste. Był zwierzęciem w potrzasku i co jakiś czas jeno zerkał na Luę, jakby upewniając się, że nic im nie grozi.


Zgiął się w pół, w głębokim, dworskim ukłonie, kiedy znaleźli się przed mężczyzną, który musiał być panem okolicznych włości. Zastanawiał się, ile siły musiałby włożyć w kopniaka, by skruszyć nim kości starego elfa. Pan Dalal nie był wszak dlań artystą godnym nieśmiertelnej sławy, a tyranem, wyciągającym swą kościstą dłoń po coś, co nie należało do niego. Biriana przerażał jego własny umysł, ciągnący go do pustej przemocy, która nigdy niczego nie mogła naprawić.
Przydługie, kruczoczarne włosy spływały mu na twarz, gdy trwał w ukłonie.
- Bądź pozdrowiony, panie, a wieść o twym wielkim kunszcie i d o b r o c i niechaj niesie się z wiatrem na wszystkie strony świata – wyrzekł z trudem powstrzymując się przed zgrzytaniem zębami, kiedy mroczny elf podniósł się z ławki i podszedł do ich nieszczęsnej gromady.
Powoli powrócił do pionu i zamilkł, ponownie splatając za plecami dłonie, które tak bardzo garnęły się do szaroskórej gardzieli męża, który oglądał nieprzytomną Nellrien, patrząc na nią jak na zwykły towar na targu. Dandre wytężał słuch i starał się ze wszystkich sił wyłapać cokolwiek z rozmowy mrocznych elfów. Tym razem natrafił jednak na barierę nie do przejścia, ani jedno słowo nie wydało mu się znajome, ani specjalnie ważne. Na ułamek sekundy uniósł brew, gdy gdzieś pośród bełkotu wybrzmiało jego nazwisko. Rozsądnie jednak postanowił nie wychylać się przed szereg żadnym nietaktownym pytaniem. Serce zatłukło mu szybciej, gdy strażnik odniósł gdzieś nieprzytomną Nellrien. Co się działo?
Oddech barda przyśpieszył. Czuł narastającą w jego wnętrzu panikę i zamknął na moment oczy, próbując skupić się na… czymkolwiek innym. Byle nie słyszeć ciężkich, cichnących powoli kroków i szumiącej w skroni krwi, pompowanej coraz to szybszymi uderzeniami miotającego się w jego piersi serca. Wiedział, że musi wziąć się w garść, wiedział, że miał ze sobą jedynie słowa, a do tkania z nich czegokolwiek potrzebował choćby relatywnie jasnego umysłu.
Wygrzebał swą ulubioną pieśń z odmętów zamglonej przez strach pamięci. Wsłuchiwał się w melodię, która porwała niegdyś jego duszę, rozpaczliwie starając się odnaleźć namiastkę spokoju.

- Dzień odzyskania słońca? Pompatyczność godna wszystkiego, co żeśmy dotychczas widzieli. Wielki podbój wyprysku matki natury z dala od wszystkiego… Niech im to ością w gardle stanie.
Uśmiechnął się szeroko i pokłonił raz jeszcze, tym razem jeno z lekką kurtuazją. Serce wciąż tłukło mu jak szalone.
- Ach, jak raduje się me serce na myśl o byciu częścią tak wspaniałej uczty. Już w głowie rozbrzmiewa mi idealna na tę okazję melodyja – lekko drżąca szczęka sprawiła, że zgrzytnął cicho zębami. Przeklął się w duchu, zaciskając ściśnięte za plecami dłonie aż do bólu. – Och, jest ich bez liku, shrgar Argith, alem ja ukochał sobie… lutnię – gestem rozłożonych jak do instrumentu rąk, starał się określić go jakoś bez użycia słów, niczym podczas jednej z dworskich szarad. – Nie wątpię, że znajdę tu coś dla siebie – uśmiechnął się raz jeszcze, dumnie wypinając pierś. Grał chyba tylko pod siebie, pragnąc udawać pewność siebie tak długo, aż ją naprawdę poczuje. Na szczęście swojego muzycznego kunsztu był pewien nawet bardziej od tańca ze stalą. Wszak temu poświęcił ogromną część swego życia.
Może teraz uda się je dzięki temu przedłużyć.


Momentalnie zbladł i jakby skurczył się nieco, gdy kobieta zwróciła się do Yunany. Zniknęła gdzieś duma i pewność siebie, momentalnie zastąpiona zepchniętym chwilowo na bok strachem. Czysta panika wypchnęła mu na chwilę powietrze z piersi, aż pociemniało mu przed oczami. Oczywistym było, że chciał jej bronić, chciał ich wszystkich bronić, ale był teraz przecież… nikim. To nie Keroński dwór, na którym mógł strzelić arystokracie w mordę… I wyjść jeno z plecami rozoranymi chłostą.
- Zaprawdę powiadam wam, że jej talent jest godny królów, z pewnością pa… – zaczął, gdy udało mu się jakkolwiek zebrać rozbiegane myśli, nawet nie myśląc o tym, co wcześniej Lua zrobiła z tymi, którzy ośmielali się odezwać niepytani. Zbladł jeszcze bardziej, gdy magini po raz drugi powtórzyła swe słowa z jaskini. Skóra barda była jak z marmur i nawet jego usta zdawały się na moment zgubić gdzieś swą kuszącą barwę. Zamrugał szybko, odganiając sprzed oczu mroczki, które uparcie nie chciały zniknąć. Brakowało mu oddechu w piersi, czuł w głowie ścisk, jakby wrzucono go na głęboką wodę, był kompletnie zagubiony. Jak kurz ma niby pertraktować z ręką, która usiłuje zetrzeć go z komody?
Bycie płótnem brzmiało przerażająco. Wiedział oczywiście o ludach z północy i południa, którzy praktykowali formę malarstwa na skórze właśnie. A jednak jego myśli nie wędrowały w tę stronę, a raczej ku nożom i plugawej magii, którą posługiwały się te paskudne istoty. Coś w sposobie, w jaki Lua wypowiadała te słowa, przejmowały go czystą zgrozą i nawet nie wyobrażał sobie, jak musiała czuć się Yunana… Zresztą, nie musiał sobie niczego wyobrażać; stał tuż obok, a ona była w tej chwili jak otwarta księga.
Może on też? Starał się dusić to, co trzymało go w żelaznym uścisku, ale nie nawykł do krycia swych emocji. Był człowiekiem ze wszech miar żywiołowym.
- Nie! Nie, nie… – zaprotestował chaotycznie, machając nawet lekko rękoma, gdy strażnik pociągnął za łańcuch Yunany i ściągnął ją w pół słowa na ziemię.
- Shrgar… Panie! – zwrócił się w końcu błagalnie do niewzruszonego władcy podziemia, kłaniając się szybko i głęboko, niemal do samej ziemi. Tam też został, czując pierwsze szarpnięcie łańcucha gwardzisty, który miał prowadzić ich ku pałacowi.
- Piękno… Piękno jest jak najdoskonalszy z kwiatów – patrzył to na Luę, to na Dalala, samym spojrzeniem próbując przekonać czarodziejkę do tego, by dała mu chociaż dokończyć swą wypowiedź, nim opadnie na niego kara, na którą już szykował swoje ciało. – Kwitnie i zachwyca w pokoju i dobrobycie, jest jego najsłodszym produktem – w obronnym geście uniósł przed siebie dłonie, trwając twardo na kolanach, wciąż zgięty w ukłonie, jeno z głową odchyloną do góry, ku swoim ‘rozmówcom’. – Błagam, nie depczcie go grozą terroru. Jaśnie Panie, królu artystów, władco wszystkiego, co piękne; pozwól jej zostać na razie z nami, pozwól jej zakwitnąć w tym nowym świecie, nim zaszczycisz ją swoją sztuką. Wtedy właśnie rozjaśni dumne sale twego pałacu jak słońce, któreś zdobył.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Klan Wodnej Gwiazdy”