[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

1

Z targu w Saran Dun

Dworek robił wrażenie. Zbudowany był z jasnego kamienia, z dala krzyczał bogactwem i nowością. Przywodził na myśl rozpieszczone dzieciaki, wysokopostawionych mężów, żony, które korzystały z bogactwa małżonków... nic dobrego, nic słusznego, nic, za co zapłacono ciężką pracą. Nawet porozwieszane tu i ówdzie chorągwie z symbolami Sakira nie pomagały docenić, z jakim kunsztem wykonane były wnętrza i ogrody.

Droga do domu Vondelblettów przebiegała dość spokojnie, ale zarazem całkiem miło. Budin okazał się rozmowny, lekkoduszny, lubił żartować i łatwo podtrzymywał rozmowę, nawet gdy temat wydawał się nie do końca kleić. Zdradził przy okazji, że Pani rozesłała zaproszenia po raz kolejny, tym razem prezentując Morta jako gościa specjalnego, Mortiusha Mistrza Pędzla, nawet jeśli używał w jej obecności gównie węgielków. Dość było powiedzieć, że szlachta podekscytowała się na myśl o tym, że uroczystość będzie uwieczniona na obrazkach.

Nim jednak do uczty doszło, Mortiush został wysłany do łaziebnej, która wyszorowała go tak dokładnie, że czyste miał nawet miejsca, o których istnieniu wcześniej nie wiedział! Na koniec odarto go z naturalnego męskiego zapachu spryskując perfumami, poratowano szybkim strzyżeniem i goleniem, a następnie wciśnięto w kaftan piękny i haftowany, ale tak sztywny, że ledwie mógł się w nim ruszać! Czy taka była cena sławy?!

Bal przygotowywany był w ogrodzie. Wydawało się, że pogoda będzie sprzyjająca, dlatego na szerokim, wyłożonym kamiennymi płytami dziedzińcu ustawiono stoły, natomiast goście mieli mieć do dyspozycji gry na zielonym trawiniku, labirynty z żywopłotu, kwiaty, rzeczki i fontanny...! Wszystko to, co prezentowała sobą posiadłość. Oczywiście nikt nie miał mieć wstępu do stadnin, które znajdowały się na tyłach dworku. Wszystko miało zostać tuż przed nim, cywilizowanie, uprzejmie, nie straszące drogocennych koni.

- Mort! Mój miły, jak dobrze cię widzieć! - Głos Amerliny przedarł się przez szum służek i służących, którzy uwijali się przy stołach i zapinali wszystko na przysłowiowy ostatni guzik. - Jestem taka podekscytowana! Jak podoba ci się mój dom? - Zagadnęła, a gdy dopadła już do mężczyzny, wycałowała go w oba policzki. - Mistrzu, wszyscy czekają na twoje prace! Mamy jeszcze... godzinę, mniej więcej. - Poinformowała go, jednak zaraz się rozejrzała, jakby coś jej się przypomniało. - Jesteś głodny? Poczekaj do uczty! Och, gdzie jest Lidia? Lidio?

Córki nie było w zasięgu wzroku, za to z posiadłości wyszedł mężczyzna. Dobrze ubrany, choć nieco brudny od błota i kurzu, z krzaczastym wąsem i rudawymi włosami zaczesanymi do tyłu, na jego twarzy odcinały się głębokie zmarszczki. Choć wyglądał dobrze, nie dało się nie zauważyć, że był spracowany, jakby życie go doświadczyło w najgorszy sposób. Przy jego nogach kręciły się dwa chude charty.
- Och, mój kochany mężu! - Ucieszyła się Amerlina, ale w jej głosie Mort mógł wyczuć fałsz. - To nasz mistrz malarz!

Mąż zmierzył Mortiusha spojrzeniem, a następnie dość niespodziewanie uśmiechnął się i skinął głową jak równemu sobie.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

2
POST POSTACI
Można by powiedzieć, że posiadłość zaskoczyła i nie zaskoczyła Mortiusha zarazem. Spodziewał się przepychu i rażąco niepraktycznych - acz pięknych- rozwiązań. Jednak mimo to, posiadłość robiła wrażenie. Ciężko było to opisać. Wcześniej nie miał okazji kręcić się po domach bogaczy, zwłaszcza przygotowywanych do balu.
Od samego początku nie miał okazji zlustrować samego domu, a na tym wszak mu zależało. Może jeszcze trafi się okazja. Na razie musiało mu wystarczyć zaznajomienie się z częścią zapewne obszaru dla służby. Starał się zapamiętać otoczenie, by później móc uwiecznić je na papierze. Znów złapał się na głupiej myśli, kiedy Pani zawołała Lidię. Jakoś tak uśmiech sam wpełzł mu na twarz. .'Cholera... polubiłem Młodą...'-pomyślał

Bardzo pozytywnie zaskoczyła go reakcja Pana. Odpowiedział mu uśmiechem i głębszym nieco skinieniem, w jego mniemaniu zahaczającym już o ukłon. Taki pierwszy kontakt dobrze rokował. Dobrze by było, gdyby miał okazję dobrze zaprezentować się gospodarzowi.
Jak to się uda, będzie można wdrożyć w życie wersję planu, która mogła być najbardziej intratna. Ale to plan na potem. Teraz trzeba było wejść w rolę "Mistrza" i zadowolić bogaczy.


-Przepięknie-odpowiedział pochlebnie.-Piękny dom i... i ogród.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak konwersacja nie była jego najmocniejszą stroną, a i nie wiedział kompletnie o czym rozmawia się na salonach.
-Jeśli mogę jednak sprostować-dodał nieśmiało, nie wiedząc czy nie zepsuje to dobrego startu-Nie maluję. Pędzel nie jest moim narzędziem. Ja tworzę jedynie rysunki węglem.

Rozejrzał się nerwowo wokół, bo przyszło mu do głowy, że może Pani Amerlina wykazała się móżdżkiem jak u kury, jak to mawiano o żonach arystokratów. Obawiał się, czy nie zaszło nieporozumienie i czy nie przygotowali mu sztalugi i stanowiska malarskiego na ten wieczór.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

3
POST BARDA


Odkąd Mort przybył do dworku, otaczał go zgiełk. Kuchenne przygotowywały posiłki, służki po raz kolejny przecierały wszystkie dostępne powierzchnie z kurzu i zabrudzeń, starsi stażem pouczali młodszych i pilnowali, by wszystko było gotowe i na swoim miejscu. Poznał przejścia służby na parterze, pomieszczenia pracownicze, gdzie kuchnia łączyła się z łaźnią i skladzikiem, jak również główny hol.

Pisk służki rozbrzmiał tuż obok Mortiusha, gdy wiatr poderwał obrus. Wąski, wysoki wazon przewrócił się, wypadły z niego kwiaty, woda się rozlała.

- Poprawcie to! - Zwróciła im uwagę Amerlina, szorstka i dominująca, nim znów uśmiechnęła się do malarza i męża. - Dziękuję, kochany! Nasz dom to nasza duma. - Chwaliła się, rozkładając ramiona, by zaprezentować pełnię posiadłości za sobą. - I proszę, nie mów takich rzeczy! Sztaluga wygląda tak... Artystycznie! - Cieszyła się, składając dłonie przed sobą. Miała na Morta spojrzenie inne, niż on sam na siebie. Ale czy nie za to miał płacone, by zadowalać pracodawczynię?

Mąż spojrzał na żonę tak, jakby samym spojrzeniem chciał przekazać myśli Morta. Wydawało się, że Amerlina miała własne spojrzenie na świat, które nie do końca aprobował.

- Ard. - Przedstawił się mężczyzna, ale nim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, w słowo weszła mu żona.

- Ardal! - Przedstawiła go pełnym imieniem. - Pan Ardal Rajwan Vondelbletten. Ewentualnie, dla bliskich...

- TATA! - Tym razem to Lidia przerwała matce.

Mała biegła przez trawnik ile sił w nogach. Pędziła, a za nią powiewały wstążki, które miała wplecione we włosy zakręcone w grube loki. Dzisiaj miała na sobie sukienkę czerwoną jak dobre wino, zwiewną, z tiulów i szyfonów. Dziewczynka wpadła w ramiona ojca, który zaraz uniósł ją i ucałował w policzek.

- Tata! Nie wiedziałam, że już wróciłeś!! - Wyrzucała mu Lidia, obejmując za szyję.

- Kochanie! Tata jest brudny po polowaniu!! - Amerlina bardzo starała się powstrzymać dziecko przed wybrudzeniem kolejnej kreacji! Psy, które dotąd trzymały się nóg Arda, wycofały się, jakby przerażone widokiem Lidki. Najwyraźniej ojciec nie pozwalał bawić się córce z psami nie przez wzgląd na dobro córki, ale psów!

- Kochanie, poznałaś już Mistrza? - Zapytał Ard, a kiedy Lidia dostrzegła Morta, jej buzia rozjaśniła się w jeszcze szerszym uśmiechu.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

4
POST POSTACI
'A jednak kurzy móżdżek.'- pomyślał Mortiush.
-Bardzo miło mi poznać- uśmiechnął się do gospodarza-Jestem Mortiush Pethor. Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań i umilę czas gościom.
To drugie było czymś, co nie do końca chciał powiedzieć, ale był już zirytowany niepewnością, co jeszcze go czeka.
-Nigdy dotąd sztaluga nie była mi potrzebna do rysowania. Jednak jeśli Pani sobie życzy, może dodawać artyzmu stojąc obok.

Rosnącą frustrację powstrzymała mała Lidia przybiegająca do ojca. Uśmiechnął się do niej, kiedy ojciec zapytał o niego. I to był właściwy moment, by się pokazać.
-Witaj Panienko-ukłonił się do małej- gdzieś tu miałem coś dla Ciebie. Ostatnio tylko krótką chwilę mieliśmy więc skromny jedynie szkic dostałaś. W domu zastałem moje pupile bawiące się i jakoś tak pomyślałem, że mógłby spodobać Ci się taki obrazek.

Mówiąc to przeglądał powoli swoje szkice "szukając" właściwego. Celowo robił to wolno, tak by mała widziała każdy. A właściwie nie ona, tylko ojciec, któremu wisiała na szyi. Zaprezentował tym sposobem szkice koni, niedokończony wizerunek jeźdźca, aż w końcu odnalazł swoje dwa szczeniaki. Wyjął ten konkretny, zatrzasnął teczkę i podał rysunek dziewczynce, chowając resztę do torby.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

5
POST BARDA
Pani Vondelbletten zdecydowanie lubiła szczycić się swoim statusem społecznym. Choć zapewne nawet procent z bogactwa nie pochodził z pracy jej rąk, wydawała czuć się jak ryba w wodzie jako nowobogacka żona. Ardal za to wydawał się być normalniejszy, choć zmęczony życiem.

- Pozwól mu pracować, jak potrafi, Amerlino. - Ard upomniał kobietę, ciesząc się kolejnym mocnym przytulasem od córki. Choć Mortiush nie zdążył jeszcze poznać relacji tej dwójki, wydawało się, że mężczyzna zdaje sobie sprawę z podejścia do życia żony, której z kolei, jego podejście nie odpowiadało. I miał zły wpływ na córkę!

- Lidio! Zostaw już tatę. Będziesz brudna!

Chcąc uniknąć kłótni, Ardal odstawił dziecko na ziemię. Dziewczynka od razu dopadła do Mortiusha i jego rysuków.

- Masz jakieś pieski? Więcej piesków?! A te też merdają ogonami?! - Ekscytowała się. - Masz pieski w domu? Tato, on ma pieski!! Pokażesz mi swoje pieski? JAKIE SŁODKIE! - Kiedy dziewczynka dorwała w końcu rysunek szczeniaków, zachwycała się nim dłuższą chwilę. W tym samym momencie Ard dał znak chartom, by zniknęły z pola widzenia, nim Lidia zainteresowała się nimi. Psy był usłuszne.

Plan powiódł się i Ard dostrzegł rysunki.

- Widzę, mistrzu, że specjalizujesz się w malowaniu koni. Powiedz, słyszałeś kiedyś o pręgach vondelbletteńskich? - Pytanie było tylko z pozoru pytaniem. Wydawało się raczej wstępem do większej opowieści.

- Daj mu spokój, Ardal! - Zdenerwowała się Amerlina. - Na pewno nie chce teraz słuchać o twoich koniach! - Upomniała męża Amerlina tonem takim, jakby nie zdawała sobie sprawy, że jej bogactwo pochodzi właśnie od tych zwierząt.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

6
POST POSTACI
Widząc zachowanie Gospodarza, jakże odbiegające od jego żony i zadziwiająco normalne, Mortiushowi zrobiło się lepiej. Nie przeszkadzał w drobnej sprzeczce między małżonkami. Do tego jeszcze jej przewrażliwienie na punkcie córki i jej czystości. Pamiętał jak martwiła się o jej sukienkę, kiedy się spotkali, nawet obawiała się, że to on ją pobrudzi... A teraz nawet jej mąż nie był wystarczająco czysty.

-Ano mam pieski- powiedział do małej, uśmiechając się szczerze i radując z tak prozaicznej rzeczy jak sprawienie jej radości.- I merdają, jak najbardziej. Ale w rzeczywistości. Rysunek przecież jest nieruchomym obrazkiem.
Chwilę po tym uświadomił sobie, że za dużo powiedział. "Trafił w sedno" jeśli chodzi o pytanie małej.

Eh, ty głupi. Sam się wpakujesz kiedyś na minę...- pomyślał

W tym momencie jednak jego przynęta chwyciła i Pan Ardal dostrzegł szkice, które w tym celu przygotował. Ucieszyło go to, lecz zaraz go zamurowało, bo ten zapytał o jakieś niejasne pojęcie, zapewne z tematu około-końskiego. Sekundę później zauważył, że w nazwie owego znajduje się nazwisko gospodarzy. Czyli po prostu chciał się pochwalić. Jednak typowy arystokrata, choć z dobrymi cechami. Mortiush przez chwilę zastanawiał się, co odpowiedzieć, by nie kreować się na specjalistę od koni, do którego było mu daleko. Dobry przekręt wymagał wiarygodności. A udawanie specjalisty, którym się nie jest, od samego początku nie wróżyłoby najlepiej. Dlatego zdecydował pozostać przy tym, na czym się znał i troszkę zluzować ten kontakt.

-Jaki tam Mistrzu...- zaczął-jestem tylko drobnym artystą, który miał szczęście spotkać Pana Żonę na swojej drodze. A na koniach za bardzo się nie znam, choć żałuję że nie było mi dane rozeznać tego tematu. Jednak od zawsze uważam, że są to wyjątkowo majestatyczne zwierzęta i cieszę się, kiedy mam możliwość je podziwiać. Drugi raz ta przyjemność spotyka mnie, kiedy mogę je naszkicować na podstawie Wspomnienia. A sądząc po nazwie, zgaduję że mówi Pan o wyjątkowych koniach z Waszej stajni?

Mort celowo zignorował ostatnią uwagę Pani Amerliny. Chciał by wyglądało to, jakby szczególnie zainteresował go temat koni gospodarza. Stajnie wydawały się być pilnie strzeżone, czyli cenne. A tym sposobem może dostanie się do środka?

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

7
POST BARDA
- Mamo, mamo! Widziałaś? Pieski! A mogę się z nimi pobawić? Mogę? PROOOSZĘ!

Dziecko doskoczyło do matki, by dalej ją męczyć o sprawy, które Amerliny w ogóle nie interesowały. Wydawało się, że żonka jest na skraju załamania nerwowego.

- Żadnych psów! Masz pieski taty!

- Ale one nie chcą się bawić!

Ardal westchnął ciężko, zwracając na siebie uwagę Mortiusha. Kiwnął głową w jednym z kierunków, byle dalej od rodziny. Lidia była bliska płaczu, za to jej matka nie spuszczała z tonu.

- Zostawmy je ich problemom. - Zaproponował Ardal, ruszając wzdłuż ściany pałacyku. Wydawał się zmęczony; nie miał głowy, by wchodzić między rodzinę. - Cieszę się, że zgodził się pan wziąć udział w tym przedsięwzięciu mojej żony. - Odezwał się w końcu. - Wiele o panu mówiła i sprawił jej pan wielką radość, mistrzu. - Mówił, jakby nei biorąc pod uwagę faktu, iż Mort właśnie powiedział, iż mistrzem nie jest. Bardziej interesowała go rozmowa o koniach z ich stadniny. - W rzeczy samej. Wszystkie konie, które wychodzą z naszej stajni, mają coś, co nazywam pręgami vondelbletteńskimi. Na grzbiecie, po obu stronach, wzdłuż kręgosłupa. To nasza duma i znak rozpoznawczy. - Kiwnął głową. - Jeśli atmosfera będzie dopisywać, wieczorem pokażę młodego wałacha. Jest wystawiony na sprzedaż, jeśli byłby pan zinteresowany.

Mort mógł się domyślać, że nawet gdyby był zainteresowany, nie stać byłoby go na wierzchowca.

- Jest z tej samej klaczy, której poprzednie źrebięta służą teraz Zakonowi Sakira. Są nad wyraz szybkie.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

8
POST POSTACI
Pieski, pieski... Mortiush widział, że prowokuje małą do naciskania na matkę. I nawet go to bawiło widząc reakcje tej drugiej. Widział też, że chyba nie jest to świeży temat. Ojciec już nawet nie podejmuje tematu. Nawet wolał go unikać. Zauważył, że ten chce się oddalić pod pretekstem rozmowy o koniach i przystał na tę propozycje. W końcu Pan tego domu był cenniejszym celem niż Pani, czy też wątpliwi goście.

-Imponująca cecha charakterystyczna.-powiedział dla podtrzymania zainteresowania rozmową,odchodząc we wskaznaym kierunku razem z Ardalem.-A jak osiągnęliście taki efekt? Czy to nie jest jak z ludźmi, że niektórzy dziedziczą pewne cechy, a niektórzy nie? Czy to nie Magia wspomaga hodowlę?

O koniach wiedział niewiele. Nigdy specjalnie nie interesował się tymi zwierzętami. Do tej pory były najwyżej ciekawymi obiektami, które faktycznie swym majestatem dawały dobre możliwości dla rysownika takiego jak on. Jeszcze mniej wiedział o hodowli, stąd niezbyt był w stanie dłużej ciągnąć tego tematu. Zależało mu jednak, by gospodarz nie stracił zainteresowania nim samym. Chciał poznać tego człowieka i spróbować go rozpracować. Tutaj kryło się dobrze rokujące źródełko dochodów.

-Liczę w takim razie na atmosferę, bo z przyjemnością obejrzałbym takiego konia. Choć moje zainteresowanie raczej okaże się mało dochodowe. Jestem jedynie biednym artystą, którego nie będzie stać na takie zakupy.- zaiwesił głos na chwilę. Dziwnie poczuł się nazywając samego siebie "artystą". Nigdy tak o sobie nie myślał, ale widać dzisiejsza rola powoli zagnieżdżała się w nim.-Może mógłbym jakoś pomóc w zbudowaniu odpowiedniej atmosfery ?

Mówiąc to drugie Mortiush spróbował użyć swojej Zdolności, pozwalającej wpływać na emocje. Mówił to entuzjastycznie, z pewną nawet ekscytacją. Chciał by te emocje udzieliły się rozmówcy- może wtedy faktycznie zechce zacieśnić współpracę. Żałował tylko, że nie pomyślał, by się do tego przygotować. Nie miał żadnej wizualizacji efektu, co na pewno pomogło by wdrożyć planowany efekt. Nie miał tu jednak nić do stracenia. Najwyżej wyjdzie na biedaka, który bardzo chce się podlizać bogatym.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

9
POST BARDA
- Zaiste, jest niespotykna nigdzie indziej. - Ardal cieszył się z zainteresowania, jakie wykazywał Mort. Prowadził mężczyznę wzdłuż ściany dworku, a następnie za róg, gdzie znajdował się sad. Jabłonki wydawały się wiekowe i musiały znajdować się tu na wiele lat przed tym, jak wybudowano dworek. Pora roku była zbyt wczesna, by ich gałęzie gięły się pod ciężarem jabłek, jednak gęste listowie dawało przyjemny cień. Mortiush mógł zauważyć, że sad graniczył z jednej strony z wysokim murem, trzykrotnie wyższym niż sama osoba Mortiusha, do tego zbudowanym tak gładko, iż nie pozwalałby znaleźć oparcia dla stóp, jeśli ktoś próbowałby się po nim wspiąć. Przejście mogłaby umożliwić lina lub też bez zbędnego kombinowania możnaby użyć bramy, pilnowanej przez dwóch znudzonych strażników, przylegającej do budynku pałacyku. Tam, za bramą, musiała znajdować się stadnina. - Gdybym zdadził ci tajemnicę tej cechy, mistrzu, straciłbym wyłączność na hodowlę tego typu koni! - Zaśmiał się Ardal. - Nie chcesz chyba pozbawić mnie majątku?

Rozmowa była lekka i niezobowiązująca, jednak Mort wyłapać mógł napięcie w głosie pana domu. Rozmawiał o osiągnięciu swojego życia - Mortiush nie mógł tak po prostu pytać o sposób, w jaki to osiągnął. Za koniami Ardala i pręgą vondelbletteńską kryło się coś więcej.

- Wieczorem. - Obiecał pan Vondelbletten. - Jestem pewien, że znajdzie się kupiec. Mistrzu, proszę tak o sobie nie mówić.

Ekscytacja Morta oddziałowała na pana domu. Ard uśmiechnął się pod wąsem, a w jego oczach zaiskrzyły ogniki eskcytacji.

- Czuję, że znajdziemy wspólny język! - Ucieszył się. - Proszę odpocząć przed bankietem, mistrzu! Będziesz miał dużo pracy. Może zaproponuję szklaneczkę whisky? Burbonu? Cherry?

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

10
POST POSTACI
-Oczywiście-roześmiał się delikatnie. Przecież tak na prawdę nie zależało mu na poznaniu tajemnicy hodowli. I tak na nic by mu się to nie zdało. Choć ciekawość właściwie zaczynała dopiero wzbierać...-Zawsze mi powtarzano, że jestem zbyt ciekawy. Tajemnice niech takimi pozostaną.

Widząc zaskakująco udany efekt Zdolności, powściągnął nieco nastrój przechodząc na zwykły radosny ton. Może i gospodarzowi dobrze to zrobi. Widać po nim, że ma sporo zmartwień. Uśmiechając się spoglądał na Jabłoń oceniając jak mogłaby pomóc w forsowaniu murów i czy byłoby to możliwe bez alarmowania strażników. Choć linka wcale nie jest czymś niemożliwym. Nie takie mury już pokonywał w swoim życiu. Jednocześnie notowal wszystko w pamięci, by po powrocie do domu odtworzyć to i uzupełnić swoje plany posiadłości. To będzie dobry test pamięci.

-Aż kusi, by zajrzeć za mur- Uśmiechnął się do Ardala - To musi być raj dla koniarzy.

'Whisky, burbon, cherry... I co tu wybrać?'- pomyślał sobie Mortiush. Słyszał oczywiście o takich trunkach. Może nawet miał okazję ich próbować. "Może", bo nie był wcale pewien, że to, co było nazywane takim mianem faktycznie tym było. Mógł to być zwykły przekręt na nieświadomego konsumenta. Jednak możliwość spróbowania takiego z arystokratycznego stołu była kusząca. Tak jak i czekał na te ucztę, przy której najwyraźniej spodziewali się go przy stole. Dzisiaj najwyraźniej będzie bardzo dobrze jadł. Te myśli sprawiały, że utrzymanie radosnego nastroju nie nastręczało trudności.

- Oczywiście. I chętnie skosztuję, o ile nie zabiorę w ten sposób cennego czasu.- odpowiedział nie chcąc wyjść na nadmiernie nakręconego na tę myśl.-Pan zapewne nie narzeka na brak zajęć i obowiązków.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

11
POST BARDA
- To nic złego, być ciekawskim! - Śmiał się Ardal, gdy zaklęcie Morta wciąż na niego odziaływało. Zdawał się nawet na moment nie zauważyć, że zadziałało tam coś więcej, aniżeli zwykła atmosfera przyjemnej rozmowy. - Mogę tylko zdradzić, by podbić wartość tajemnicy, że moje konie są iście magiczne!

Mogło to oznaczać wiele - były szybkie jak wiatr, piękne, dostojne, z najlepszymi rodowodami, ale czy działała w nich jakaś magia? Ardal nie wydawał się magiczny, tym bardziej Amerlina nie mogła być czarodziejką. O ile nie ukrywali w pałacu jakiegoś zabłąkanego czarownika, tajemnica była nieodgadniona.

Jabłonki w sadzie były zbyt niskie i rosły zbyt daleko od murów, by użyć ich gałęzi do prześliźnięcia się za płot.

- Zobaczysz wałacha, mistrzu, wieczorem. Tymczasem, może powinniśmy udać się z powrotem. Lidia powinna stracić już zainteresowanie psami. I musze przyznać, że ostatnimi czasy muszę szukać sobie zajęcia, aniżeli od zajęć uciekać. Bogactwo źle wpływa na produktywność.

Po cóż Ardal zabrał Morta do sadu? Tego rysownik mógł nie wiedzieć. Czy chciał zabrać go z dala od córki, czy może miał jakiś większy cel?

Gdy panowie powrócili przed dom, okazało się, że pierwsze dorożki zaczęły zawijać przed dworek. Piękne zdobione wozy zaprzężone w silne konie stawały w pewnym oddaleniu od przygotowanych stołów, a możni panowie i panie wysiadali przy pomocy służących. Nim zebrał się tłumek, Ardal skinął na kamerdynera, który wkrótce przyniósł im po szkleczce bursztynowego płynu.

- Uważaj na nich. - Mruknął pan domu. - Jedno bardziej fałszywe od drugiego.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

12
POST POSTACI
Piękne konie. Iście magiczne. A jaka jest prawda? Niezbyt to Mortiusha interesowało z "biznesowego" punktu widzenia. Nie po to tu był i nie na koniach opierał swoje finanse. Jednak ciekawość została rozbudzona i chętnie poznał by prawdę dla samego faktu zaspokojenia ciekawości. Wszak Ardal był handlarzem, choć sam siebie pewnie by tak nie nazwał. Sprzedawał konie, a to znaczy że musiał je zachwalać dla osiągnięcia wyników sprzedaży. I tak jak stary suchy chleb potrafił stać się specjalnym gatunkiem, wypiekanym ze specjalnej mąki, tak i zwykły koń mógł się stać magicznym koniem bijącym rekordy szybkości. Chłopak nie był wyszkolonym magikiem wyczuwającym magię. Jedynie coś czasami mógł poczuć, jako że sam był wyczulony i miał Zdolności. Nie jemu więc będzie rozstrzygać ten fakt. Choć ciekawość cały czas pozostawała...

-Czyli jednak magiczna hodowla!- zaśmiał się, podtrzymując nastrój-Pierwszy raz słyszę o czymś takim. Ale magiczne iskierki nie lecą spod kopyt w galopie? Gdybym był czarodziejem, pewnie by się Pan ode mnie nie opędził w tym temacie!

Co by nie mówić, nie musiał udawać wesołości. Co dziwne, czuł się miło i swobodnie. Czuł to głównie przy Małej i przy gospodarzu. Czy tak będzie i przy innych? Ci ludzie stosunkowo niedawno wybili się na wyżyny społeczne. Może dlatego zostało w nich trochę normalności?Arystokraci byli próżni, zadufani w sobie i nieprzyjemni. Ci jednak wydawali się inni. Okaże się wieczorem.

-Po takiej zapowiedzi z niecierpliwością czekam wieczora. Taki obraz aż prosi się o uwiecznienie, więc będe szukał miejsca z dobrym widokiem- kontynuaował rozmowę w drodze powrotnej. Gdy uderzyła go myśl, a właściwie podejrzenie o czystość intencji zabrania go w tamto miejsce, odtworzył w głowie jego obraz. Czy coś przeoczył? Nie oglądał się za siebie. Pamiętał nauki kolegów po fachu, gdy przyuczał się do życia i zarabiania na ulicy. 'Nie obserwuj nadmiernie i nie wykazuj zainteresowania swoim celem.'- mówili. Dlatego właśnie starał się polegać na swojej pamięci do obrazów, którą wielokrotnie ćwiczył i w czym jego rysunki bardzo pomagały.

Gdy stanęli przed widokiem nadciągających gości, Mortiush poczuł lekkie zdenerwowanie. Wszedł już do tego domu i do tej pory było niespodziewanie normalnie i miło. Teraz mogło się zacząć. Ostrzeżenie Gospodarza nie pomogło się uspokoić. Szczęśliwie ten zawołał o zapowiedziany napitek, więc można było zrobić coś z rękami. Mortiush nie znał dworskiej etykiety. W domu rodzinnym nikt nie zdążył nauczyć go jak się pije alkohol, a na ulicy raczej spotykało się te gorsze, niekoniecznie smaczne przypadki. Dlatego bez większego zastanowienia, odruchowo wziął duży łyk spodziewając się ostrego smaku wykręcającego gębe i wyciskającego łzy.

"Artysta" zastanowiał się, co powinien dalej zrobić. Czy to moment, by się oddalić i zająć swoje stanowisko, skoro goście się pojawiają? Czy powinien poczekać, aż Ardal go odprawi? Znów kłaniał się problem braku doświadczenia w takich sytuacjach. Dlatego stał jak głupi i obserwował piękne powozy, które zapewne kosztowały bezsensownie wiele i czekał... Żeby jeszcze wiedział na co czeka...

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

13
POST BARDA
Ardal nie komentował już tematu koni, ale posłał Mortiushowi uśmiech, tak szeroki, jakiego nie można było spodziewać się po panu domu. Nie był typowym szlachcicem, co nietrudno było zauważyć. Zbyt szczery, zbyt mało dystyngowany, a do tego nowy na arenie arystokratów Saran Dun. Nic dziwnego, że Amerlina stawała na głowie, by uświetnić przyjęcie.

Alkohol był mocny, ale miał przyjemny, owocowy bukiet, tak różniący się od ostrego, chemicznego bukietu berbeluchy, którą sprzedawano w nieco mniej wystawnych miejscach miasta. Ardal upił duży łyk, po czym oddał szklaneczkę kamerdynerowi i ruszył przed siebie, w stronę nadjeżdżających wozów, by witać gości.

Dorożki były mniejsze i większe, każda zaprzężona w konie, od jednego do nawet sześciu! Najbardziej wystawna z dorożek dopiero wjeżdżała na teren posiadłości - złote zdobienia błyszczały w słońcu. Trzy białe konie, które ją ciągnęły, również były nad wraz piękne, falowane grzywy powiewały na wietrze bajecznie. Już z daleka Mort mógł dostrzec, że na białej sierści ozdnaczają się ciemne pręgi, po jednej na każdy bok, od łopatek do połowy grzbietu. To musiała być pręga vonbletteńska, o której mówił Ardal. Ten ostatni wóz przyciągnął największą uwagę służby. Pół tuzina kobiet i mężczyzn podbiegło do pojazdu, ktoś otworzył drzwi, ktoś inny podstawił schodki, ktoś od razu podał alkohol wychodzącej parze. Z daleka Mort widział mężczyznę odzianego w śliwkowy surdut, a z nim kobietę w miętowej sukni. Byli zbyt daleko, by z rysów ich twarzy wydobyć szczegóły.

- Kochani! - Podniósł się głos Amerliny. - Mam dla was dzisiaj wielką niespodziankę! - Kobieta obejrzała się, szukając spojrzeniem Morta. Przywołała go do siebie gestem, a jeśli podszedł, wyciągnęła dłonie, by ująć w swoje jego własne. - Pan Mortiush Pethor, mistrz pędzla i ołówka! - Przedstawiła go. - Był tak miły, by zaszczycić nas dzisiaj swoją obecnością i sztuką! Och, mam pewność, że będziecie zadowoleni z jego portretów!

Żadne ze zgromadzonej szlachty nie wydawało się Mortowi znajome. Przypudrowane twarze panien i pań były niemal identycznie pomalowane, a mężczyźni również prowadzili się na podobną modłę, z bródkami i krótko przyciętymi włosami.

- Pan i pan Lobell, państwo Eprius, pan Yzmir z córką, Florettą... - Wymieniała Amerlina, przedstawiając Mortowi kolejnych arystokratów. Nie było możliwości, by artysta spamiętał ich wszystkich.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

14
Mortiush bez słowa przyjął napitek i przez dłuższą chwilę rozkoszował się smakiem. "Rozkoszował" było chyba dobrym określeniem. Nie miał okazji robić tego wcześniej, więc nie wiedział, jak to określić. Odrobinę zmieszał go fakt oddalenia się Ardala tak po prostu, bez słowa nawet.
I co powinienem teraz niby zrobić? Iść na "stanowisko" do sztalugi?! Iść witać się z gośćmi?!- myślał denerwując się i nie wiedząc co począć. Taki skok w arystokratyczne kręgi był niełatwy. Nie wiedział co powinien i na co może sobie pozwolić. Pocieszało go trochę, że wcale nie zależało mu najbardziej na tym, by być dostrzeżonym jako artysta. Nigdy w tę stronę nie parł w swojej "karierze".


Szczęśliwie wybawiła go z tych wątpliwości Pani Amerlina. Choć czy można powiedzieć że wybawiła? Wciągnęła go w następną sytuację, która była dla niego co najmniej kłopotliwa. I do tego jeszcze "mistrz pędzla"... Chyba jednak przyjdzie mu rozczarować gości i skończyć występ przed czasem... W całym tym bałaganie nie miał czasu przyjrzeć się faktycznie ciekawym obrazom jakim były konie, powozy i reszta interesujących obiektów i zjawisk. Musiał teraz wspiąć się na wyżyny swoich niezbyt wysokich zdolności interpersonalnych, w dodatku w obliczu oceniających spojrzeń wyniosłych panisk.

-Yyyy-Zaczął niezbyt udanie. Nie wiedział, czy ma wyciągnąć rękę, padać do stóp czy co tam jeszcze można wymyślić. Stał więc jak ten kołek i zdołał dodać jedynie.-Dzień dobry.

Normalnie może i wymyśliłby coś lepszego i lepiej odegrał swoją rolę. Jednak został nagle wciągnięty w te sytuację i do tego postawiony w jej centrum, jako główna atrakcja. W tym momencie wszystkie oczy choć na moment spojrzały na niego i to go rozbiło. Zdecydowanie nie było to jego naturalne środowisko i nie czuł się w nim pewnie.

[Tereny podmiejskie] Posiadłość Vondelblettów

15
POST BARDA
Arystokraci uśmiechali się miło, gdy ich imiona zostawały wypowiedziane, kłaniali się i mówili jakieś utarte grzeczności, twierdząc że bardzo im miło i cieszą się, iż mogą Morta poznać. Czy Mort mógł podzielać ich zachwyt? Być może, o ile lubił, gdy patrzono na niego jak na zwierzynę, którą należy pożreć żywcem. Kuksaniec w bok od Amerliny miał dać mu do zrozumienia, że również ma się uśmiechać i kiwać głową, jeśli nie umie zaprezentować się w odpowiedni sposób!

- Mistrz Mort jest zdenerwowany! - Śmiała się Amerlina, tłumacząc mężczyznę tremą. Ciężko było powiedzieć, czy ktokolwiek w to uwierzył.

Uwaga z Mortiusha szybko przeniosła się na parę ze złotego powozu. Państwo podeszli do witającej się grupki.

- Panie baronie, pani baronowo, nie mieli państwo jeszcze okazji poznać pana Pethora. - Tym razem odezwał się Ardal, który im towarzyszył. - Mistrz artysta będzie nam dzisiaj umilać wieczór.
Baron nie wyglądał na wiele starszego od Mortiusha. Miał jasne włosy i uśmiechniętą twarz, a lekki zarost maskował wiek, jednak zdradzały go płytkie zmarszczki przy oczach. Mężczyzna uśmiechał się dobrodusznie, a kiedy poznał nazwisko nowej atrakcji, złapał Morta za ramiona i ucałował go w oba policzki!

- Jakże wspaniale! A to ci nowość! - Powiedział, oglądając rysownika. Chyba tylko siłą przyzwoitości powstrzymał się, by nie okręcić go, by obejrzeć z każdej strony! - Amerlino, zawsze masz najlepsze pomysły! Będziesz chciał uwiecznić mnie, mój kochany, i moją piękną żonę?
Żona również nie była jeszcze stara, a jej uroda wprost zdradzała everamskie pochodzenie. Ktoś o statusie barona mógł pozwolić sobie na tego typu ekstrawagancję.

- Obawiam się, mój miły, że nie słyszałam dotąd o malarzu Phetorze. - Kobieta najwyraźniej starała się ostudzić zapał męża. Położyła mu rękę na ramieniu, jakby chcąc dać znać, że dość już uprzejmości.

- Och, więc to ktoś nowy! Jak kiełek podczas porannej rosy! Czy to nie ekscytujące?

Baron był najwyraźniej dobrze nastawiony do przypadkowego artysty. Od Mortiusha zależało, jak to pociągnie.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Saran Dun”