Wyspa Kryształowego Powiewu

31
POST POSTACI
Ail'ei
Wysłuchawszy konwersacji Zin z kapłanką, Ail nie miała już wątpliwości, że nie pozwolą odejść stąd królowej po dobroci. Jakikolwiek kit próbowała im wcisnąć, nie wierzyła w ani jedno jej słowo, nic z tego nie trzymało się całości i nie miała pojęcia, w jaki sposób udało jej się przekabacić jej...mentorkę.

- Mam już dość twojego pieprzenia. - Ail szybkim ruchem uniosła miecz i wykonując nim pełen obrót ponad głową, gdzie towarzyszył temu jedynie świst powietrza, skierowała ostrzę wprost w szyję kapłanki. Nie ważne, że obserwowała to wszystko jej córka, nie ważne, że obserwowali ją inni, liczyło się tylko zadanie. Ruch był szybki jak na wyszkolonego elfa przystało.

W tym momencie, pojawił się pisk, coś co mogło zmienić wszystko...albo nic. Ail zatrzymała ostrze niemal w ostatnim momencie i pozostała tak nieruchomo, do czasu, aż nowa postać na scenie nie wyjaśniła wszystkiego. Nie mogła dać przewagi kapłance, odsuwając ostrze, zrobiła to dopiero kiedy została spętana i zakneblowana.

- Nie wiem kim jesteś, ale dopóki nie chcesz nas zabić, poświęcić lub uwięzić, możemy być sojusznikami. - tyle wypowiedziała gwardzistka oschle, zanim skierowała się do Y'asmanayi. Zgarnęła z ziemi jej szatę, którą wcześniej zrzuciła i nakryła ją, po czym cofnęła się dwa kroki i uklękła przed nią, pochylając głowę. W całym tym geście, można było zauważyć coś dawno zaginionego, poczucie obowiązku i zaufanie do elfiej władzy. Ale było w tym coś więcej, jakby utęsknienie i oczekiwanie na ten moment, jakby zrobiła to po raz pierwszy kiedy uklękła przed królewską parą, kiedy to została mianowana gwardzistką.

- Królowo, jesteś wolna, zagrożenie przeminęło. Jestem na twoje rozkazy. - wypowiedziała to z słyszalną emocją w głosie. Chociaż nie było tego widać, brzmiało to jakby właśnie uroniła łzy, i rzeczywiście tak było. Osiem lat...osiem długich lat, jej logiczna strona myśli nie wierzyła, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie, ale była kim była, złożyła przysięgę i choćby ten dzień nie nastąpił, szukałaby jej aż do śmierci. Ale nadszedł ten dzień.

To cud. Ale czy wszystko z nią w porządku? A może taki był plan? Może tylko udawała? - podsumowała to wszystko Ail w swoim umyśle.
Obrazek
Obrazek

Wyspa Kryształowego Powiewu

32
POST BARDA
To faktyczny Drzewiec, niegdysiejszy pośrednik między naszym światem a domeną Loliusza. Został jednak przeklęty przez potworny byt zamieszkujący tą wyspę i odcięty od bóstwa. Demon nie wpływa na prawdziwość wizji i słuszność jego osądów, ale ściąga z niego esencję, niczym pasożyt żerując na duszach i krwi naszych przodków i ofiar. Każdy kolejny poświęcony elf zwiększa jego potęgę, a gdy staje się głodny, sprowadza na nas nieszczęścia. Na wyspę nigdy nie spadła klątwa Sulona. A mimo to, gdy pojawiła się panika i pierwsi uchodźcy z kontynentu, rozeszła się plotka, że te Istoty dotrą i tutaj. Już wtedy pojawiły się pierwsze ofiarowania, w większości po kryjomu, a statki, które przybijały do wyspy, znikały w tajemniczych okolicznościach. Już wcześniej podejrzewałem, że Felise skrywała jakiś sekret. Dopiero po pięciu latach od katastrofy, gdy poznałem prawdę... nie mogłem więcej patrzeć na to, co robiła. Próbowałem przemówić do niej, do innych, ale nie słuchali. Ta wiedźma zdołała ich zindoktrynować do tego stopnia, że są w stanie oddać za nią życie. Karmi ich gadaniną o nadziei, rozdaje jedzenie i podsuwa silnie uzależniający narkotyk, o który są gotowi zrobić dla niej wszystko. Y'asmanaya przybiła do wyspy kilka tygodni po katastrofie. Wszyscy, którzy z nią byli już nie żyją. Nie wiem czemu Felise tak długo trzymała ją przy życiu. Może jako danie główne dla demona...
Ten narkotyk tłumaczy otępienie Królowej. Pilnie potrzebuję próbki. Będzie konieczna do przygotowania leku na symptomy odstawieniowe — powiedziała Zin'rel włączając się do rozmowy.
Pewnie trzyma trochę przy sobie. Zawsze miała coś pod ręką. Trzeba będzie też zabrać jej księgę. Będzie konieczna do odczynienia klątwy.
Zostawcie mamę, zostawcie! — krzyczała w tle Katni, szarpiąc się w rękach elfów, płacząc i gryząc ich po rękach niczym zwierzę w potrzasku.
Vearia przyglądała się dziewczynce ze współczuciem. Podniosła z ziemi jej dzbanek z owocami. Chciała go jej przekazać, lecz Yannear zatrzymał ją ruchem ręki i pokręcił smutnie głową.
Eh... biedna Katni — mruknął Reneylan. — Z nią będzie najgorzej. Jak tu powiedzieć dziecku, że nie jest się potworem z lasu, tylko jej ojcem?
* Ail... Bogowie, ile to już lat... — wymruczała cichutko Y'asmanaya. — Muszę tu zostać. Jestem ofiarą. Oddaję się w ręce Pana Lasu. Wiem że przyjmie mnie z otwartymi ramionami — zmieniła nagle temat.
Była osłabiona. W jej oczach widać było dziwnie otępienie. Nie potrafiła skupić wzroku na jednym punkcie. Kołysała się na boki, jak gdyby poddawała się każdemu powiewowi wiatru.
Tak daleko od domu... — kontynuowała. Z oczu pociekły jej łzy. — Ale teraz mi tu dobrze. Dziękuję że przyszłaś na moją ceremonię. Doceniam to, Ail.
* Słuchajcie, musimy się zbierać — zawezwał Reneylan tak, by wszyscy mogli go usłyszeć. — Rozbijemy obóz pod latarnią. Przy brzegu będzie bezpieczniej.
Zamaskowane komando elfów wzięło obezwładnioną Felise pod ramiona i częstując ją kilkoma uderzeniami w brzuch, zachęcili do posłusznego powstania i podążania za nimi.
Nie będę ukrywał. Chcemy wydostać się z tej przeklętej wyspy raz na zawsze. Czy możemy liczyć na miejsce na pokładzie?

Wyspa Kryształowego Powiewu

33
Uczony zastygł w chwili kontemplacji. Sytuacja wyspy była jakimś cudem bardziej delikatna i złożona niż elfów na kontynencie. Wisiałą wręcz na włosku. Narkotyki, nieziemskie siły, wewnętrzne walki... praca w ludzkich slumsach wydawała się prostsza. Jednak mimo wszystko skala problemu wydawała się i tak dalece... mniejsza. Wszak pokonanie jednego demona czy potwora było wykonywalne... przynajmniej gdzieś w zakresie jego życia. Zmiana zdania ludzi na temat leśnych elfów po całych pokoleniach wojen, wzajemnego rasizmu i napięć? Nie starczyłoby życia jego, jego dzieci, wnuków i prawnuków. Wcześniejsza chęć ucieczki przygasła. Znał zagrożenie, miał sojuszników... coś się dało z tym zrobić. Nie. Coś trzeba było z tym zrobić. Wszak kto wie co potwór zrobi gdy za parę lat zabraknie mu elfów. Tak... musiał walczyć. Nie było wyboru. Krzywiąc się na samą myśl elf mruknął:

— A więc potwór i boski sługa bez dostępu do boga... niech mnie jad Korg’kha popieści... ile pozaziemskich bytów może być zainteresowanych ledwo co zaludnioną wyspą? Zaginione elfy, tajemnice, narkotyki...

Podczas gdy wkoło uczonego latały pytania, rodzicielskie żale, a w tle miała miejsce ckliwa scena z udziałem odurzonej królowej i jej najpewniej ostatniej żywej gwardzistki Czarodziej tarł czoło mamrotając i powtarzając fakt. Brak gości... a więc kłamstwo. Manipulacje. Narkotyki do stępienia bystrzejszych umysłów. Kapłanka mówiła, że odejdą jak inni... lecz inni zniknęli. A więc od początku i tu kłamała. Tak czy inaczej by ich zabiła. Jasnym było, że jeśli chodzi o przeżycie nie mogli ufać jej w żadnym stopniu. Zaletą był fakt, że jak długo jest ich więźniem siły ich przeciwnika drastycznie malały. Nie miał narzędzia do manipulacji elfami... ani do karmienia ich narkotykiem. Niedługo niegdyś najbystrzejsza i najsilniejsza część wioski, która musiała zostać odurzona zacznie doznawać objawów odstawienia i staną się łatwym celem do obezwładnienia. Gorzej, że to samo spotka królową. Zin coś na to poradzi... on może też spróbuje. Ale na razie priorytetem nie było leczenie, pacyfikacja wioski czy wymierzanie kary kapłance. Celem było...

Tu głos przywódcy elfów urwał rozmyślania uczonego. Co prawda słyszał wszystkie wypowiedzi wkoło niego ale ta jedna urwała jego planowanie kontrataku na kult i potwora. Przywódca ich jedynych sojuszników chciał opuszczać wyspę. Na ich okręcie. Niriviel przypomniał sobie twarz rozsierdzonego członka załogi i od razu spochmurniał.

— Również nie będę niczego ukrywał wodzu Szarego Wichru... nie jestem pewien czy nawet nas ten statek zabierze. Należy do człowieka z dość otwartym umysłem... ale ludzie to ludzie. Załoga próbowała już raz wyrzucić nas za burtę w trakcie rejsu i jeśli mnie przeczucie nie myli... to w najlepszym wypadku każą sobie policzyć astronomiczne sumy za każdego "szpiczastouchego", którego nie obejmowała pierwotna umowa. W najgorszym zobaczą jak ponad dwadzieścia uzbrojonych elfów wychodzi na brzeg, podniosą kotwicę i odpłyną roznosząc plotkę o elfich piratach co uczciwych handlarzy na szemraną wyspę zaciągają i próbują abordażu dokonać... albo doniosą faktycznym piratom i niedługo będziemy się musieli martwić o więcej rzeczy. Już większą szanse na sukces ma zwiezienie tutaj posiłków do walki z tym monstrum zanim nie zeżre wszystkiego na wyspie i nie ruszy na kontynent... ale i to będzie ryzykownym przedsięwzięciem. Zresztą... w kwestiach organizacyjnych polecam konsultacje z Panią Generał. Ja tylko dzielę się swoimi obserwacjami. Ale...

Elf wsparł się na pobliskim drzewie i na krótką chwilę wyciszył umysł. Dłoń zaświeciła mu się odrobinę gdy wytężając swoje zmysły sięgnął w głębie kory. Szukał anomalii, śladowej ilości magii... czegokolwiek co pomogłoby mu wyjaśnić naturę "potwora". Nekromancja? Magia krwi? Rytuał który na przestrzeni wieków zapadł się sam w sobie wypaczając reguły własnego działania? Niezależnie od efektu tej szybkiej próby identyfikacji choćby gatunku mocy z którym miał do czynienia elf odsunął się od drzewa i dokończył swoją wypowiedź.

— Ale na osłodę dodam, że masz przed sobą jednego z największych moli książkowych kontynentu. Jak długo tekst rytuału nie jest spisana w jakimś niezrozumiałym języku gwarantuje, że w ciągu doby będę miał odpowiedź jak rytuał zniszczyć... albo chociaż zatruć lub osłabić. Pytanie oczywiście czy metody te będą w zasięgu naszego skromnego grona... ale bądźmy dobrej myśli. Jak długo główny czynnik aktywny na rzecz działania i karmienia rytuału jest w naszych rękach... — tu skinął w stronę kapłanki — ...inicjatywa leży po naszej stronie.

Przez krótką chwilę uczony gładził się po łysym czerepie rozglądając się po gaju. Nie potrzebował czytać księgi by dodać dwóch do dwóch i wiedzieć na co patrzył. Jeśli całość była powiązana z rytuałem to gaj zdecydowanie był czynnikiem odpowiedzialnym za aktywne jego zasilanie. A to oznaczało... że gaj należy zniszczyć. Jednak nie chciał ryzykować. Nie przed przeczytaniem księgi. Czasami najoczywistsze rozwiązanie nie niszczyło rytuału a tylko zmieniało jego działanie. A jest tylko jedna rzecz groźniejsza od rytuału szalonego kapłana. Rytuał szalonego kapłana, którego nie kontroluje nawet szalony kapłan.
Spoiler:

Wyspa Kryształowego Powiewu

34
Gwardzistka była już pewna, że królowa jest równie odurzona narkotykami co pozostali wyznawcy. Wiedziała też, że w tym stanie jest zagrożeniem dla samej siebie, a ona sama musi jej pomóc dojść do siebie, stosując środki których w normalnym stanie nie odważyłaby się zrobić.

- Bogowie nie mają tu nic do rzeczy. Szukałam cię przez osiem lat, osiem długich lat. Jesteś odurzona jakimś narkotykiem, nie myślisz jasno królowo. A ja nie mogę pozwolić ci zginąć z tego powodu, dlatego z góry przepraszam za to co muszę zrobić.

Ail powstała i widocznie zawahała się przez chwilę, jak gdyby kontemplowała nad tym, czy jej następne działanie nie zakończy jej "kariery" jako królewska gwardzistka. Ostatecznie stwierdziła, że jeśli tego nie zrobi, to i tak może skończyć jako gwardzistka...która nie ma już kogo chronić. Złapała łokciem za szyję królowej a drugą ręką docisnęła ją do siebie, blokując tym samym królowej możliwość zaczerpnięcia oddechu. W ten sposób chciała zmusić ją do utraty przytomności, dzięki czemu będzie bezpieczniejsza dla samej siebie, a Zin znajdzie sposób na zneutralizowanie narkotyku.

Odłożyła ją delikatnie na ziemię, upewniając się, że dalej oddycha, po czym wstała, wzięła głęboki oddech i wróciła do reszty.

- Niriviel ma rację, jeśli spróbujemy dostać się na pokład statku, zapewne uciekną i puszczą w świat fałszywe plotki. Z drugiej strony, jeśli nikt nie wróci, bracia i siostry z Lucio Lar, stwierdzą, że nie żyjemy i stracą nadzieję. Jedno z nas musi wrócić do miasta i dać reszcie znać, że wszystko gra i niech wypatrują naszego powrotu w późniejszym czasie. Na kontynencie nie mamy przyszłości, tutaj jednak mamy szanse odbudować naszą rasę, zbudować nowy początek. Musimy tylko zneutralizować zagrożenie. Mamy kapłankę, mamy księgę, mamy informacje i wojowników. Potraktujmy ją tym samym, czym ona częstowała resztę i niech wyśpiewa wszystko o tym demonie. Zgładzimy go, a wtedy wrócimy po resztę.

Ailei stanowczo wyraziła swoje stanowisko, nie miała zamiaru wracać z królową do Lucio Lar. Była pewna, że gdyby inni dowiedzieliby się kim jest, szybko na ich głowy spadłyby kłopoty. Elfy były i tak wystarczającym wydarzeniem, gdziekolwiek się nie pojawili, ale ostatnia z rodu królewskiego? Łowcy nagród momentalnie zainteresowaliby się nią, szczególnie, kiedy jedyna jej ochrona to tylko jedna gwardzistka. Ail była świadoma swej siły i wyszkolenia, ale nie była głupia, nie podołałaby zabójcom kryjącym się w cieniu, nie zdołałaby ochronić w ten sposób swojej mentorki. Cokolwiek zadecydują inni, musi zostać tutaj, najwyżej sama spróbuje swoich sił w walce z demonem...chociaż i te były raczej kiepskie, zważając na to, że do tego celu potrzeba również świetnego maga. Uśmiechnęła się jednak do Niriviela, kiedy ten sam zaczął proponować walkę z nim, tym samym teoretycznie oferując swoją pomoc. Była także przekonana, że Zin nie opuści ich, zbyt długo się znały. Jedyną więc osobą którą znali marynarze, byłby Yannear, to on musiał wrócić do Lucio Lar. Mógłby zabrać ze sobą dodatkowe cztery osoby, marynarze widząc kilka sylwetek na łodzi, zapewne pomyślą, że wraca komplet który tutaj przywieźli, a dodatkowe elfy na pokładzie to pewność, że Yan dopłynie w jednym kawałku.

Gwardzistka odeszła od Niriviela i przywódcy elfów, a następnie podeszła do Zin, widocznie zmartwiona. Położyła dłoń na jej barku i spojrzała w stronę królowej.

- Dasz radę jej pomóc? Twierdzi, że cieszy się ze spotkania, ale znam ją. To nie była ona, nie cała ona. Długo musiała być pod wpływem tego świństwa.

Odwróciła głowę w stronę kapłanki, a na jej twarzy malowała się chęć zemsty, a jej dłoń zacisnęła się lekko na barku Zin.
Obrazek
Obrazek

Wyspa Kryształowego Powiewu

35
POST BARDA
Reneylan westchnął spuszczając głowę.
Spodziewałem się innej odpowiedzi, ale... rozumiem sytuację. Poniosła mnie wizja możliwości ucieczki z tego miejsca, ale rzeczywiście, może jest też inne rozwiązanie. Demon jest potężny i żaden druid ani najlepszy wojownik jakiego znam, nie dałby mu rady w pojedynkę, ale łącząc siły... może, może. Podstawą powinno być jego osłabienie i sprowokowanie do ujawnienia. Tutaj potrzeba planu. Trzeba rozważyć różne możliwości — stwierdził wódz.
Jeden z mężczyzn podszedł do grupy. Przedstawił się jako Tirel. Podał Nirivielowi księgę, Zin zaś wręczył ampułkę z mętną, ciemnozieloną cieczą.
Zrobię co w mojej mocy, Ail — odparła Zin.
No, ale nie wskóramy nic, jeśli osaczy nas motłoch Felise. Ruszajmy w drogę.

***
Pod latarnią, w miejscu poprzedniego obozu, elfy z komanda Reneylana rozbiły dwa duże, własne namioty oraz pomogły w rozstawieniu tych należących do przybyszów. Felise zamknięto w latarni i obstawiono dwoma strażnikami.
Mieszkał tu jeden z naszych braci — opowiadał Reneylan przy ognisku. — Jakoś niedługo po katastrofie w Fenistei zachorował na dziwną chorobę, której nie potrafili leczyć nasi druidzi. Zamknął się więc w latarni i dożył tam swoich ostatnich dni.
Niriviel zaczytawszy się w księdze zabranej kapłance, poznał nieco szczegółów rytuału, jego elementarnych podstaw, bo o tym w zasadzie traktował rękopis. Kartelusze zapisane były we współczesnym elfim języku, toteż nie było większego problemu z ich rozczytaniem. Jedynie inkantacje stanowiły zlepek niezrozumiałych słów. Były jednak dobrze opisane, wraz z dopiskami o fonetycznych niuansach. Uczony dowiedział się tedy, że rytuał nie pozwoli Y'asmanai opuścić wyspy, bowiem w momencie związania z wybranym drzewem, scaliła się również z tym skrawkiem lądu, a próba postawienia stopy poza jego obrębem mogłaby się zakończyć tragicznie. W księdze akt ten był porównywalny do utraty większości organów witalnych. Jedynym sposobem na przerwanie więzi było spalenie drzewa ofiarnego i zatrucie ziemi, w której rosło, by upewnić się, że przez najbliższą dekadę nic w niej nie urośnie.
Reneylan przyglądał się Nirivielowi przez ramię, gdy ten zanurzony w kartach księgi studiował jej zawartość.
A więc ogień jest rozwiązaniem? Taka ingerencja w Drzewiec może poważnie rozsierdzić demona, może nawet sprowokować go do wyjścia z ukrycia...

*

W skromnym namiocie gwardzistki i jej przyjaciółki odpoczywała Y'asmanaya. Ail, nie odpuszczając jej na krok, mogła obserwować jej powolny oddech i błogi spokój na twarzy. Przynajmniej do momentu, kiedy się obudziła. Wtedy też do środka weszła Zin'rel, w ręku trzymając naczynie z ciepłym naparem. Podała go Królowej z największą ostrożnością, otarła jej usta szmatką i ukłoniwszy się, opuściła namiot nie chcąc przeszkadzać swoją obecnością.
Tak się cieszę że cię widzę, Ail — szepnęła elfka.
Na jej twarzy malował się grymas bólu. Gwardzistka widziała, że kobieta cierpi i próbuje ukryć swoją słabość.
Nie byłam sobą — mówiła dalej. — Nie wiem czy nadal jestem. Pamiętam co robiłam, co pozwoliłam ze sobą zrobić... Wydawało mi się wtedy, że tak trzeba.
Perłowa łza spłynęła jej po policzku. Obróciła się na plecy, wzrok skupiła w pustce ponad sobą. Westchnęła i stęknęła, jakby coś ją ukłuło.
Tak mi przykro... Tak mi przykro...

Wyspa Kryształowego Powiewu

36
Lektura okazała się zadziwiająco... nudna. A może po prostu uczony od czasu katastrofy w Oros i doświadczeniu horrorów wieży kalekiego szaleńca nie czuł już tej samej grozy co niegdyś czytając zakazane teksty? Jakkolwiek by nie było jasne stało się, że spożyty w rytuale napój pętał ofiary z wyspą. Po raz kolejny upewniając elfa w tym, że nikt tak naprawdę jej nigdy nie opuścił. Nie było wyboru... a po oddaniu się w ofiarę nawet gdy drzewo poczynało ci wrastać w ciało nie mogłeś po prostu uciec. Drzewo stawało się częścią ciebie już w momencie spożycia z użyciem... telepatii, reakcji alchemicznej? Niezależnie od natury potwór kontrolował miejsce pobytu swoich posiłków. A więc królowej. A ponieważ Ali nie porzuci swojej mentorki... to monstrum miało i kontrolę nad nią. To z kolei przenosiło się na Zin... i resztę. Chcąc nie chcąc byli teraz więźniami istoty "po znajomości". Trzeba było zerwać te więzy ale...

- Ogień sam w sobie nie wystarczy. Drzewa rytualne trzeba spalić, korzenie wyrwać, ziemię zaorać a całość posypać solą. Nic po nich pozostać nie może... ale tak. Na same wywabienie demona pożar powinien wystarczyć. Przy okazji może uda nam się odratować ofiary z tych ostatnich kilku dni... może. Najlepiej uderzyć jak najszybciej i zebrać tyle łatwopalnych materiałów ile mamy pod ręką by wzmocnić inferno. Każda chwila zwłoki to ryzyko, że potwór zauważy nasze zamiary. Ale...

Tu spojrzał po zebranych. Było ich w sumie jakoś dwudziestu. Wioska miała nad nimi przewagę co najmniej jeden do pięciu... jeśli nie więcej. Nie martwił się o walkę... bo chciał jej uniknąć. Nie. Prawdziwa obawa leżała w ofiarach. Mieszkańcy wioski byli ofiarami... ale nie byli po ich stronie. Gdy gniew demona wybuchnie trudno powiedzieć czy skieruje go na nich... czy na wioskę. Czarodziej zacisnął usta i potrząsnął głową. Nie mógł się o nich martwić. Zmanipulowani czy nie podjęli własną decyzje. Jeśli będzie mógł to im pomoże... ale jak sam się upewnił nie byli mu oni braćmi i siostrami. Przynajmniej jak długo istnieje demon. Zabicie źródła miało priorytet. Nie ratowanie ofiar. Ponadto był jeszcze jeden problem...

-... ale kto pójdzie? Musimy zostawić kogoś z królową i twoją żo... Felise. Nie chcemy by uciekła... ale i nie chcemy odnieść porażki w walce z demonem. Zin zostanie na pewno... ktoś będzie musiał doglądać uzależnionej. Więc... zostaw tu wodzu swoich dwóch strażników... i jeszcze dwóch to patrolowania okolicy. Razem z Zin obronią się chyba przed każdym zagrożeniem które nie jest całą wioską lub demonem. Z resztą ruszmy jak najszybciej by spalić gaj i wykurzyć demona... chyba, że macie gdzieś na wyspie skład oliwy i słomy. Warto byłoby się w to zaopatrzyć po drodze. Tak czy inaczej... nie ma czasu na odpoczynek musimy ruszać jak najprędzej. Element zaskoczenia może być już stracony ale nie możemy pozwolić demonowi i wiosce na sformułowanie własnego planu... jedną chwilę

Niriviel czuł się nieswojo rzucając nie tyle propozycje co plany i decyzje. "Wypadało" zapytać Zin czy zostanie zanim to zadeklarował, "należało" poczekać na Ali i jej ekspertyzę w wojskowych operacjach... ale nie było czasu. Oczywiście kilka sekund zajęłoby zawołanie Panie Generał... ale wątpił by po znalezieniu celu swojej kilkuletniej tułaczki miała teraz głowę do podjęcia obiektywnie dobrej decyzji jaką w subiektywnej opinii uczonego było zostawienie królowej z minimalną ochroną. Liczył, że jeśli uda mu się wprowadzić plan ataku w ruch gwardzistka będzie musiała za nim podążyć... albo przynajmniej pójść na ugodę. Demon był w jego oczach zagrożeniem zdecydowanie największym. Dlatego też nerwowym krokiem podszedł do namiotu. Stanął. Potarł jednym butem o drugi nasłuchując głosów w wnętrza i czekając na dobry moment by się wtrącić bez urywania niczyjej wypowiedzi. Na końcu westchnął, odchylił ostrożnie płachtę i niebyt głośno oznajmił.

- Ail... musimy się zbierać. Mamy z wodzem... rozwiązanie. Zin się sama może zająć małymi i chorą.
Spoiler:

Wyspa Kryształowego Powiewu

37
Wydawałoby się, że teraz już wszystko będzie łatwiejsze, bardziej oczywiste. Teraz kiedy odzyskali królową, to ona powinna wiedzieć najlepiej co robić dalej, w jakim kierunku podążyć i jak poprowadzić ostatki elfiej rasy. Niestety, ale Ail przeczuwała, że to nie będzie takie proste i szczęśliwe zakończenie może nie być jej pisane. Była gwardzistką i mimo wszystko, zawsze z tyłu głowy była przygotowana na najgorsze, co oczywiście nie znaczyło, że z każdym najgorszym zakończeniem by sobie poradziła.

Strażniczka królowej nie opuszczała jej na krok, jednak nie czuwała przy niej jak sztywny kołek. Ail'ei znała swoje miejsce i swoją powinność, ale znała swoją mentorkę bardzo dobrze i wiedziała, kiedy potrzebuje wsparcia, tego którego ona sama często udzielała swojej uczennicy. Widziała ból jaki sprawia jej dochodzenie do siebie, dlatego siedziała blisko i trzymała ją za rękę, jakby próbując ją pokrzepić.

Kiedy do środka weszła Zin, spojrzała na nią jakby pytająco, jakby oczekiwała jakiegokolwiek znaku, że wszystko będzie dobrze, jednak była zbyt przejęta w obecności królowej. Zanim jednak wyszła z namiotu, to sama strażniczka uśmiechnęła się do niej ciepło, z widocznym przejęciem ale i łagodnością. Chociaż nigdy tego nikomu nie powiedziała, dla niej samej, Y'asmanaya była niczym druga matka...a teraz w sumie jedyna. Może wynikało to z obowiązku, może z poczucia odpowiedzialności, a może jeszcze z czegoś innego, ale po Nocy Spadających Gwiazd, gwardzistka bardziej przejęła się samą królową niż własnymi rodzicami. W głębi serca przyjęła do wiadomości, że oni już nie żyją, ale nie mogła się pogodzić ze śmiercią królowej.

- Wszystko będzie w porządku. Zin doprowadzi cię do zdrowia, zabijemy demona i uwolnimy cię spod jego mocy. Cokolwiek się stało, najważniejsze, że żyjesz. Nasz lud chyli się ku wyginięciu, a tylko ty możesz doprowadzić do tego, aby się tak nie stało. Więc walcz moja królowo, walcz i przetrwaj. - powiedziała Ail, pełna nadziei i ciepła. Gdyby nie ekwipunek jaki dzielnie na sobie nosiła, ciężko byłoby określić ją w tej chwili jako wojowniczkę, a bardziej zamartwiająca się córkę.

Kiedy do namiotu wkroczył Niriviel, Ail przetarła z oczu pojedynczą łzę, która ściekała jej po policzku. I wszystko co powiedział, potraktowała bardzo poważnie. Wbrew temu co zapewne myślał, gwardzistka wstała jak na rozkaz.

- Masz rację. Chociaż bardzo chciałabym tu zostać, to muszę wam pomóc, stawką jest życie królowej i przyszłość naszej rasy. Jeśli go nie zabijemy, umrą kolejne dziesiątki elfów, a miejsce na nowy początek zostanie utracone. - spojrzała na królową, z pewną niepewnością - Zwyciężymy, albo polegniemy, nie ma trzeciej możliwości. Zin jest mi jak siostra, ufam jej całym sercem, zaopiekuje się tobą pod moją nieobecność. - zwróciła słowa do Y'asmanayi, po czym opuściła namiot z Nirivielem.

- Za chwilę do was dołączę. - rzuciła do swojego towarzysza i podeszła do druidki.

Cieszyła się, że przy niej nie musi udawać twardzielki, doskonale znała ją i wiedziała, kiedy jest czymś przejęta. Nie inaczej było tym razem, na twarzy gwardzistki rysowało się poczucie, które Zin widziała tylko raz w przeciągu ośmiu lat, dzień w którym wyruszyła ona do przeklętych lasów Fenistei w poszukiwaniu królowej. Wtedy była niemal święcie przekonana, że widzi swoją siostrę po raz ostatni, była pewna, że spotka ją tam śmierć, ale mimo to wyruszyła tam. Ten sam wyraz twarzy miała tym razem. Walka z potężnym demonem? Czy to w ogóle możliwe? Czy istniała szansa na jego pokonanie? Kto zginie w ten walce, ona sama czy Niriviel? Czy mała Vearia zostanie pozbawiona ojca, a może to ona sama zostawi Zin i królową? Tym razem coś pękło w niej, a to co chciała powiedzieć straciło sens. Zamiast tego, po prostu rozpłakała się i przytuliła Zin, nie kryła swoich emocji, gdyż mógł to być ostatni raz kiedy to zrobiła, a tylko ona mogła to zrozumieć. Trwało to może z minutę, a kiedy wreszcie ją puściła, przetarła oczy i spojrzała w jej.

- Jeśli dostrzeżesz jakiekolwiek zagrożenie, jeśli jutro nie wrócimy lub wydarzy się cokolwiek podejrzanego, zabierz ich i uciekajcie. Gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd. I chociaż przychodzi mi to z trudem...to spróbuj zabrać ją z tej wyspy, nie ważne czy zginie czy nie. Znam ją, wolałaby umrzeć niż dać się opętać temu czemuś. Jeśli coś pójdzie nie tak, zostaw nas, nie próbujcie nas ratować.

Ail wiedziała, że Zin zapewne rozumie powagę sytuacji i fakt, że walka z demonem zakrawa o szaleństwo, ale zapewne rozumiała także to, że jej przyjaciółka nie cofnie się przed zagrożeniem, które może zagrozić jej, królowej lub innym elfom, taka już była. Ail'ei trzymała ją za dłonie jeszcze przez chwilę, po czym puściła ja i odwróciła się, stawiając pierwszy krok w przeciwnym kierunku. Jednak było jeszcze coś o czym zapomniała, a może coś co od dłuższego czasu wypierała z umysłu? Coś czego się bała, a może coś na co nie pozwalało jej poczucie obowiązku? Ale jakie to miało teraz znaczenie, w momencie gdy istniała bardzo duża szansa, że jutro już jej nie zobaczy? Nie, nie mogła tego tak zostawić. Nie mogła tak jej zostawić. Odwróciła się ponownie, swoimi dłońmi szybko acz delikatnie złapała Zin za głowę i pocałowała ją. Serce zabiło jej szybciej i szybciej, jakby zaraz miało jej wyskoczyć z klatki piersiowej. Pocałunek był bardzo prosty, ale to ze względu na fakt, że robiła to po raz pierwszy w życiu...tak, pierwszy raz, ale ciężko znaleźć do tego okazję, kiedy jest się gwardzistką królowej, prawda? Trwało to zaledwie chwilę, ale wydawało jej się jakby trwało kilka minut. Kiedy odkleiła się od jej ust, uśmiechnęła się ciepło, a następnie zaśmiała jakby szczęśliwa z tego faktu. Oczy jej się zeszkliły, ale była już zbyt zestresowana tym, co teraz powiedziałaby Zin...bo kto wie, może źle odczytała jej sygnały? Dla Ail było to jednak najlepsze możliwe pożegnanie, w tak krótkim czasie jaki im pozostał. Odwróciła się już bez słowa i ruszyła w kierunku Niriviela.

Nie była pewna konsekwencji swojego działania, była jednak pewna, że cokolwiek Zin sobie pomyśli, nie odwróci się od niej, nawet jeśli się pomyliła i walnęła gafę. A jeśli jakimś cudem ujrzy ją ponownie, to rozmowa na ten temat będzie dla niej i tak czymś wyczekiwanym, bo będzie w ogóle do niej możliwość. Przez długi czas nie pozwalała sobie na ten luksus, na możliwość kochania kogoś. Może to jednak tylko złudzenie? Zin od pierwszego spotkania, bardzo szybko stała jej się bliska, gdzie na początku była to zwykła przyjaźń. Szybko jednak zauważyła, że Zin patrzy na nią jak na kogoś więcej, niż przyjaciółkę, szczególnie podczas wspólnych kąpieli w obozie. Gdzieś ta myśl kodowała się w umyśle Ail, jednak problemy dnia codziennego, a także jej misja skutecznie zagłuszały jej indywidualne potrzeby emocjonalne. Przez długi czas traktowała ją jak siostrę, ponieważ na więcej nie mogła sobie pozwolić, ale w obliczu takiego zagrożenia chciała pokazać druidce, że ona także odwzajemnia to uczucie. Nie chciała zostawić jej z wiecznym pytaniem w głowie "A co gdyby...".

Doprowadziła się szybko do porządku, aby sprawiać ponownie wrażenie zimnej wojowniczki. Tylko w tym stanie mogła dawać innym odwagi, a także prowadzić ich do boju. Przeanalizowała także na szybko sytuację, a kiedy podeszła do grupy, pierwszym jej pytaniem do przywódcy renegatów było:

- Te ruiny na północnym wschodzie, czym one są? Jaki jest plan na wypłoszenie demona i co będzie skuteczne w walce z nim?
Obrazek
Obrazek

Wyspa Kryształowego Powiewu

38
POST BARDA
Druidka początkowo stała zszokowana, wlepiając swoje błękitne, szeroko otwarte oczy w przyjaciółkę... a teraz może kogoś więcej? Policzki nagle ubarwił jej rumieniec, a kąciki ust podniosły się. Roześmiała się razem z Ail, dając upust emocjom i niszcząc zalążki niezręcznej chwili. Nie mogła odebrać tego źle, wręcz przeciwnie, panna Luinwe zobaczyła na twarzy Zin'rel swego rodzaju ulgę, długo wyczekiwane spełnienie. Kobieta pochwyciła dłoń najdroższej jej osoby, nim ta odeszła.
Do zobaczenia, Ail. Wróć do swojej Królowej. I wróć do mnie.
Kiedy Ail odchodziła od druidki, przygotowania do drogi dobiegały końca. Dwunastka renegatów siedziała wokół ogniska ostrząc groty swoich włóczni, licząc paraliżujące strzałki i sprawdzając stan prowiantu. Vearia leżała na trawie obserwując pracujące mrówki. Yannear uczył się od jednego z tubylców sztuki kamuflażu. Katni natomiast siedziała na kamieniu przed wejściem do latarni i smutnie spoglądała do środka, bacznie obserwowana przez dwójkę strażników.
Te ruiny to jedna z dawnych osad. Spłonęła po tym jak wylądowała w niej skała wyrzucona podczas erupcji wulkanu. Było to przed paroma laty. Mam nadzieję, że dzisiejsza erupcja nie narobiła aż tyle szkód. Nie zdarzają się one zbyt często, ale straciliśmy przez nie kilkanaście hektarów bogatego w zwierzynę lasu — wytłumaczył wódz.
Tirel, ten który przekazał Nirivielowi księgę rytualną, przystanął obok Reneylana. W przeciwieństwie do innych renegatów, odnosił się do przywódcy w niesformalizowany sposób, nie oddawał mu honorów. Nie trudno było zgadnąć, że jest jego pierwszym zastępcą, drugą najbardziej poważaną osobą pośród braci.
Niedaleko Gaju Ofiarnego znajduje się stary, uschnięty zagajnik — podjął, wcinając się w rozmowę. — Nie padało od paru dni, więc drewno powinno być suche jak wiór. Nazbieramy tam chrustu. Jeżeli spotkamy po drodze kultystów Felise... oszczędźcie ich żywota. Nie są z natury źli, to wciąż nasi bracia i siostry. Wierzę że odcinając ich od źródła narkotyku uda się ich odratować. A to dla was, tak na wszelki wypadek.
Elf wyciągnął dwa skórzane zawiniątka, z których wystawały niewielkich rozmiarów rękojeści.
To zatrute kościane ostrza. Nie są zbyt ostre, ale wystarczająco, by móc kogoś skaleczyć i dostarczyć odpowiednią dawkę trucizny do zwalenia z nóg na godzinę lub dwie. — Mężczyzna wręczył po jednym Ail i Nirivielowi.
Reneylan gestem ręki przywołał resztę drużyny. Gdy upewnił się, że wszyscy są gotowi, wskazał kierunek i wyszedł naprzód, by przetrzeć szlak dla reszty.

***

Zagajnik rzeczywiście był wyschnięty, nawet bardziej niż mogłoby się wydawać. Wśród połamanych i spróchniałych sosen, świerków i buków ostało się tylko kilka, martwych już i pozbawionych bocznych konarów, drzew w pozycji pionowej. Wynurzały się z morza strzelającego pod stopami chrustu niczym maszty zatopionych statków. Gdzieniegdzie, z pomiędzy powalonych pni i mrowia gałązek, wyłaniały się karłowate, obgryzione przez zwierzynę leśną sadzonki, którym nie była wróżona świetlana przyszłość, a prędzej rychłe uschnięcie i pożarcie przez wszędobylskie grzyby, żerujące na tym co martwe.
Przez całą drogę Niriviel czuł, że coś uwiera go w stopę, kręci się po dnie buta i koli niemiłosiernie. Z frustracji nie wytrzymał zbyt długo i przysiadła na starym pniu, by obadać problem. Z cholewki wyciągnął kamyk wielkości paznokcia małego palca, kryształ w zasadzie, o równomiernym trapezoidalnym kształcie, idealnie gładkich ściankach, półprzezroczystej, błękitnej barwie. Nie mógł określić nazwy tego minerału, choć mimowolnie przypomniał mu on o kolekcji podobnych kruszców z wieży Ernesta pod Oros, których używał do swoich magicznych praktyk. Jakim sposobem znalazł się w bucie byłego profesora? Sami Bogowie pewnie nie wiedzieli. Faktem było jednak, że była to ładna ozdóbka, pewno całkiem kosztowna, a może i dało się ją jakoś praktycznie wykorzystać.
Niech każdy zbierze tyle ile potrafi — polecił Reneylan i sam zaczął schylać się po co grubsze gałęzie i łamać je na mniejsze części, które pakował pod lewą pachę.
Wszyscy zabrali się do pracy. Gałązki strzelały i szeleściły pod butami, co niepokoiło szczególnie wodza i jego zastępcę. Nie byli przyzwyczajeni do głośnej pracy. Życie na wyspie zmusiło ich do życia w ukryciu. Teraz, jeżeli ktoś przebywał w pobliżu, z łatwością mógłby ich usłyszeć. Nie było jednak innego wyjścia. Bez suchego chrustu nie wznieci się ognia, a bez ognia przeklęte drzewa będą wiązać umęczone dusze do splugawionej ziemi Kryształowego Powiewu.
Podczas ostrożnego zbierania drwa, Ail'ei natrafiła na skrawek zieleni, wyróżniający się na tle szarych powalonych pni i próchna. Była to gałązka jemioły, o intensywnej, ciemnej barwie. Już na pierwszy rzut oka wydała się być niecodziennym znaleziskiem, nie tylko ze względu na miejsce. Podnosząc ją z ziemi, gwardzistka poczuła się w dziwny sposób onieśmielona jej pięknem, a opuszki jej palców wyczuły subtelne drgania energii magicznej. Była to niewątpliwie rzecz powstała z rąk druidzkiego zaklinacza, lecz dlaczego ją ktoś tutaj zostawił?
Gdy dotarli do Gaju Ofiarnego, obładowani drwem i igliwiem, spostrzegli że elfi pałkarze, którzy towarzyszyli Felise po rytuale, zniknęli. W miejscu widowiska pozostał jedynie mężczyzna-ochotnik, nieco zziębnięty i rozdygotany, z głową schowaną między kolanami. Niriviel i Ail dostrzegli, że skóra jego pleców, w miejscu kontaktu z drzewem złuszczyła się i dziwnie zmarszczyła. Samo drewno natomiast wygładziło się i nabrało skóropodobnej tekstury.
Wyjątkowo szybko chwyciło — stwierdził Tirel i westchnął ze smutkiem. — Oderwanie go od drzewa w tym stanie to rychła śmierć, wykrwawi się w kilka minut — powiedział do towarzyszy cichym, pochmurnym głosem.
Drzewo ofiarne Y'asmanai stało tuż obok, kilka kroków na zachód. Panowała przy nim dziwna energia, a z ziemi unosił się okropny smród.
Ofiara nie została oddana w pełni, nasz demon jest głodny — mruknął Reneylan i splunął przez ramię, uniwersalnym gestem mającym odpędzać zło wszelakie.
Spoiler:

Wyspa Kryształowego Powiewu

39
Niriviel skrzywił się na wieść o losie wioski. Wulkan był aktywny. Czy przez ingerencje demona, czy zawsze nie miało znaczenia. Ale fakt, że mieszkańcy wyspy byli otumanieni dość by miast zaszyć się od niego jak najdalej przenieść się bliżej źródła ich problemów zdecydowanie nie napełniał uczonego optymizmem. Podobnie zresztą miał ochotę zareagować na wręczone mu ostrze. Wszak co miał niby z nim zrobić? Wdać się w bójkę? Zaszarżować na motłoch? Może rzucenie nożem było jakąś opcją ale co potem? Mimo to rzucił jednak krótkie podziękowania i w milczeniu przyjrzał się broni nim ich grupa renegatów ruszyła spalić gaj kultystów.

Droga do gaju zdecydowanie nie należałam ani do przyjemnych. Elfa ciągle coś uwierało, ocierało i drażniło w bucie. Wreszcie nie wytrzymał i postanowił rozwiązać problem na dobre. Miast jednak gałązki lub szarego kamyka dobył z cholewy coś zdecydowanie nazbyt płaszczącego i kolorowego by winno się walać po leśnym runie i cudzych butach. Był to niewątpliwie kamień szlachetny... ale co tu robił. Przez krótką chwilę elf rozważał nawet możliwość, że kryształ leżał tam od czasów jego pobytu w Oros. Szybko jednak zwątpił w prawdopodobieństwo tego scenariusza. Kamień musiał wpaść mu do buta stosunkowo niedawno. Niemal na pewno na tej wyspie. Fakt zaś, że musiał najpewniej leżeć gdzieś w igliwiu sugerował że pochodzić mógł od któregoś z obecnych lub dawnych mieszkańców wysp. Może jakiegoś niedoszłego buntownika, który próbował uciec? A może nazwa wyspy sama odpowiadała na to skąd się wziął. Jakkolwiek jednak nie było kamień był sporo warty... zwłaszcza jako potencjalny katalizator. Dlatego też Niriviel wsunął go ostrożnie do torby owijając go naprędce w upchaną w niej szatę i przygniatając całość księgą. Nie miał ochoty zgubić go w środku lasu.

Po zebraniu chrustu i dotarcia do gaju uczony naprędce upuścił swój chrust obok dygoczącej ofiary po czym jął się jej ostrożnie przyglądać. Drzewo i elf wyglądali... fascynująco obrażająco. Gdyby nie świadomość natury owej przemiany czarodziej mógłby uznać to za doprawdy niezwykle skomplikowaną naturalną mutację. Jeden organizm czerpiący z drugiego za przyzwoleniem nosiciela który w teorii winien wiedzieć lepiej. Jak mrówka którą zacząć pochłaniać grzyb. A to wszystko na przestrzeni... godzin? Skład owego wywaru który wypiła królowa i siedzący przed nimi nieszczęśnik musiał naprawdę namieszać z ich ciałami. Jak by wyglądała próba opuszczenia wyspy? Drzewo dosłownie zdzierające skórę i życiodajne organy z wnętrza organizmu? Przez krótką chwilę elfa wypełniła frustracja ze względu na to, że nie miał obecnie dostępu do narzędzi, funduszy i infrastruktury uczelni. Tyle pytań... tyle tajemnic... i wszystko musiało pójść z dymem. Westchnął i dobywając noża rzekł wskazując na partnera w niedoszłym zbiorowym samobójstwie królowej.

— Jeśli go oderwiemy to nakarmi przelaną krwią czorta. Jeśli go zabijemy to proces najpewniej zostanie przyspieszony. Jedyne co więc zostaje to uśpić go i pozostałych... i oddać cały gaj płomieniom. Wszystkie "życiodajne soki" zostaną strawione w dzikim żywiole. A jeśli demon spróbuje i tak po nie sięgnąć... to kto wie? Może się sparzy. Macie dalej te dmuchawki wodzu? Bo nadadzą się do tego lepiej niż nóż. Mniej krwi.

Następnie w zależności od reakcji wodza sam ostrożnie zaaplikował konającemu w ramach ostatniej łaski długi i wspomożony trucizną sen lub obserwował jak jeden z jego podwładnych robi to z użyciem niewielkiej igły. Uspokoiwszy tym samym swoje sumienie począł pomagać z rozkładaniem chrustu tak by główne źródło pożaru nie zgasło przez długi czas oraz by jego niszczycielska moc sięgnęła do każdego z drzew. To musiało się udać. Szaleństwo musiało zostać ukrócone.
Spoiler:

Wyspa Kryształowego Powiewu

40
Strażniczka bardziej niż kto inny rozumiała, że walka o przyszłość wymaga ofiar, dlatego mimo iż współczuła nieszczęśnikowi, momentalnie pogodziła się z tym, że nie ma szans na jego uratowanie, musi zginąć. Kto wie ile ich jeszcze zginie w walce z demonem, może to być każdy z nich, może to być kilkoro, mogą polec wszyscy i przegrać, a wtedy prawdopodobnie zginą i pozostali których zostawili. Cokolwiek by się nie stało, musiała walczyć o królową do końca, takie było jej powołanie...musiała także walczyć o wszystkie elfy i Zin. Nic nie zmusiłoby jej do porzucenia tego, była wojowniczką, obrończynią, to ona stała na pierwszej linii walki o przyszłość jej ludu.

Elfka przyniosła swoje zbiory chrustu, zatrzymując jednak niezwykłą gałązkę. Niby zwykły badyl, ale było w nim coś, co nie pozwalało jej go się pozbyć, więc stwierdziła, że pokaże go Zin, o ile wrócą. Kiedy pozostali zajmowali się przygotowaniami do rozpalenia ognia, Ail na uboczu sprawdzała swoje oporządzenie, mocowanie pancerza, całą broń, a także swoją sprawność w zaklęciach magicznych. Dawno tego nie używała, ale w walce z magiczną istotą, jej tarcza może okazać się nieocenioną pomocą.

Teraz nie pozostało jej nic innego, jak czekać. Podeszła jeszcze do wodza, który wydawał się mieć najwięcej wspólnego z walką tutaj jak Ail. Była spokojna, patrzyła wraz z nim na pozostałe elfy, szykujące rozpałkę. Nie zwracając wzroku ku niemu, zaczęła mówić.

- Jeśli coś pójdzie źle, stwierdzisz, że nie mamy z nim szans, ratuj siebie i tych którzy przeżyją. Zajmę go na tyle, abyście mogli stąd uciec. Ja pogodziłam się ze swoim losem, ale wy nie musicie wszyscy ginąć. Miejmy nadzieję, że pokonamy go, ale wiedz, że nie wymagam od was całkowitego poświęcenia. Jeśli walka będzie skazana na porażkę, przetrwaj i pomóż Zin'rel poprowadzić resztkę nas którzy jeszcze trwają.

Ostatecznie spojrzała mu w oczy i lekko skłoniła głowę, po czym udała się do Niriviela i przekazała mu podobne słowa. Dodała jednak coś jeszcze.

- Gdyby wszystko trafił szlag, daj to proszę Zin. Na pamiątkę. - elfka wręczyła mu medalion rodu Harve'roa, ten sam który przez tyle lat prowadził ją do tego momentu. Jeśli coś pójdzie nie tak, królowa i tak nie będzie go potrzebowała, a to jedyne co miała przy sobie, a co było jej bardzo bliskie.
Obrazek
Obrazek

Wyspa Kryształowego Powiewu

41
POST BARDA
Ugodzony kościanym ostrzem mężczyzna podniósł głowę, by w ostatnim momencie niepewnej władzy nad swoim ciałem spojrzeć Nirivielowi prosto w oczy. Zaraz potem jego dłonie opadły bezwładnie, głowa uderzyła podciągnięte do klatki piersiowej kolana. Zamarł, choć jeszcze oddychał.
Suche drewno, zebrane w martwym zagajniku, ułożono w głównej mierze wokół drzewa związanego z Y'asmanayą, lecz utworzono jeszcze kilka innych stosów, niektóre z nich wokół spetryfikowanych już ofiar, którym renegaci uprzednio oddali cześć i wyrazy żalu. Tirel podpalił pochodnię i stanął przy wodzu.
Chcesz czynić honory? — zapytał.
Połóżmy temu kres raz na zawsze. Jeśli polegniemy, to przynajmniej za dobrą sprawę.
Reneylan przejął pochodnię i podpalił wszystkie stosy, jeden po drugim. Drewno zaskwierczało, strużki dymu poszybowały do góry. Płomienie zajęły chrust i zaczęły muskać korę drzew. Kilka chwil i ogniska buchały wysokimi płomieniami, liżącymi pierwsze rzędy bocznych gałęzi. Kolejne kilka chwil i ogniem zajęły się liście, a pnie pokryła czarna warstwa sadzy. Zrobiło się gorąco i duszno, wszędobylski kopeć gryzł w nozdrza, wyciskał z oczu łzy. Były też łzy rozpaczy, które można było skryć pod przykrywką szczypiącego dymu. Ktoś odwrócił wzrok, gdy płomieniami zajął się oddychający jeszcze, sparaliżowany mężczyzna. Ktoś inny uległ dopiero, gdy poczuł smród palonych włosów i podskórnej tkanki tłuszczowej. Cuch był nie do wytrzymania, nie pomagało nawet zwiększenie odległości od źródła pożaru. Wiatr niósł odory jakby na przekór i na złość, jakby chciał wszystkim orzec "bądźcie pełnymi świadkami swojego dzieła".
Elfie komando i drużyna z Lucio Lar nie byli jednak jedynymi świadkami. Na brzegu gaju pojawiła się dwójka mężczyzn. Z początku stanęli jak wryci, by później rozpocząć swój lament i płacz, krzyki i wrzaski, jakby sami płonęli właśnie na stosie. Za nimi przybiegło kilku innych, wśród nich dziecko, kurczowo trzymające dłoń przestraszonego ojca.
Strach wzbudził gniew. A gniew popychał tubylców do coraz śmielszych kroków. Kolejne grupy tubylców napłynęły na skraju gaju. W rękach trzymali pałki, ciskali kamieniami skandując i lamentując, zbliżając się z każdą chwilą w swoim marszu wendety.
Bluźniercy! Czarcie nasienie! Co żeście zrobili!? Śmierć wam, śmierć!


Drzewo królowej złamało się w pół, łupnęło o ziemię, rozprysnęło się na mniejsze, rozżarzone węgle. Mrowie iskier wzbiło się w powietrze. Kolejne drzewa wpadały w pułapkę żywiołu. Kolejne upadły, by zasilić swoją rozgrzaną materią następne ogniska. Gaj Ofiarny stanął cały w płomieniach.
Zatrzęsła się ziemia. Niebo, dotychczas czyste i bezchmurne, pociemniało nagle. Komin wulkanu, który górował zawsze ponad lasem, wypuścił kłąb czarnego dymu. Tubylcy zamilkli w trwodze. Smuga ponad kalderą, z początku na pozór zwyczajna, zaczęła zmieniać swój kształt, by w kilka chwil móc przypominać do bólu trupią twarz o czerwonych, płomiennych oczach i rozdziawionej, ziejącej ogniem paszczy.
Powietrze wibrowało i dudniło, jakby ponad wyspą przewijała się burza tysiąclecia albo zastępy tysięcy bębniarzy wybijały nierówny, szaleńczy wojenny rytm. Spomiędzy traw i gołej ziemi, w miejscu bezpiecznie dalekim od pożaru, gdzie schroniły się elfy, zaczęła unosić się szaro-niebieska mgła. Wzbijała się coraz wyżej i wyżej. Niosła ze sobą smród, jakby trupi cuch zmieszany z pleśnią i obornikiem. Wszyscy, co do jednego, upadli na kolana, dusząc się i wierzgając, łypiąc powietrze, które przesiąkało trucizną. Ostatnie co mogli zobaczyć, w kurczącym się strumieniu świadomości, był On.


Gdy otworzyli oczy było ciemno. Nie był to jednak mrok nocy. Sklejone po głębokim śnie powieki z trudem dały się podnieść, a gdy otumaniony umysł zaczął nieco lepiej działać, wszyscy zorientowali się, że znajdują się w zupełnie nowym miejscu. Wilgotny grunt pod rękoma sugerował, że pod powierzchnią ziemi.
* Felivrin klęczał w ciasnej, ziemnej jamie. Z jej ścian wyrastały korzenie, błyszczące chorym światłem, pulsujące i wijące się niczym pędraki. Widział przed sobą postać-cień, sylwetkę zbudowaną z czystego mroku. Czuł że patrzy na niego niewidzialnymi ślepiami. Ocenia i sądzi. Koszula elfa była podwinięta albo poszarpana, nie mógł dokładnie ocenić — niewiele widział, mięśnie miał zwiotczałe. Czarna postać poruszyła się, pochyliła nad uniżonym Ta'murilem. Biło od niej coś znajomego, znajoma energia, jakiś pierwiastek, esencja, której Felivrin nie mógł nazwać i opisać, a siedziała mu gdzieś na końcu języka.
Poczuł uderzenie w plecy, mocne, szczypiące, a wraz z nim rozległ się trzask bicza. Jęknął mimowolnie. Czarna postać górowała nad nim i powoli nabierała znajomych kolorów i kształtów. Inkwizytorka Gerda? Ale skąd tutaj się wzięła? Nim elf mógł spróbować odpowiedzieć sobie na to pytanie, padło drugie uderzenie, kolejny trzask pejczem. Kobieta uśmiechnęła się zalotnie.
Podoba ci się, hm? — powiedziała i przygryzła wargi, mrucząc cicho, jakby przeżywała falę ekstazy.
Trzeci cios został zadany, Gerda jęknęła głośno i... zniknęła. W jej miejsce pojawiła się natomiast inna postać. Saelir'th, elfka o dziwnej szarej skórze i perłowych włosach. Miała twarz upiorną i rozwartą gębę, z której wydobywał się przeraźliwy, bulgoczący śmiech. Uderzyła po raz czwarty i zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Na jej miejsce przyszedł ktoś inny. Siostra tego samego magicznego rzemiosła — Ruda. Ta nie wyrażała żadnych emocji. Wymierzyła piąty bat i obróciła się w nicość.
Nicość była niestała, nie mogła trwać zbyt długo. Wyrosła z niej kolejna osoba. Pot spłynął po czole Niriviela.
Adelajda Bloom, w swojej wystawnej balowej sukni i złotych trzewikach. Trzymała bat oburącz, stojąc nad klęczącym elfem, płacząc i pociągając nosem. Najsmutniejsza twarz świata, mógłby pomyśleć były profesor. Zadała szósty cios, potem siódmy, ósmy i dziewiąty, z każdym kolejnym nabierając coraz więcej beznamiętności i chłodu na swojej umazanej rozpływającym się makijażem twarzy. Tak też i ona rozpłynęła się bez słowa.
Na miejsce alchemiczki wkroczyła następna postać. I był nią sam Felivrin Nargothrond. Wymierzył dziesiąty bat. Okaleczone plecy piekły jakby były palone żywcem. Krew spływała po nich wąskimi strumieniami, wsiąkała w glebę pod kolanami. Kat przyklęknął naprzeciw elfa, skulił się jak on, jakby stał się jego lustrzanym odbiciem. Gestem dłoni uniósł Nirivielowi podbródek, spojrzał mu głęboko w oczy.
Pragniesz więcej, czy może odwrócimy role? — zapytał.
* Ail'ei uwolniła dłonie z wątłych korzonków, które wiązały jej dłonie. Rozejrzała się po otoczeniu. Panował półmrok. Ściany ziemnej jamy pokryte były wijącymi się korzeniami o odrażającym blasku. Gdzieś w głębi jamy widać było wąski tunel.
Zauważyła że nie jest sama. Obok niej siedział Yannear, walczący z rozplątaniem rąk. Kawałek dalej dostrzegła Reneylana, Tirela i resztę elfiego komanda. Niektórzy byli nieprzytomni, inni wierzgali, próbując wydostać się z krępujących więzów.
Halo, żyjecie? — zawołał wódz.
Meldować się po kolei — dodał Tirel.
Wszyscy zaczęli raportować pełnymi bólu i otumanienia głosami. Wyręczyli również tych, którzy nie wybudzili się z toksycznej zmory.
A Niriviel? Brakuje Niriviela — stwierdził z niepokojem Yannear.
Jesteśmy rozbrojeni. Włócznie, strzałki, łuki, wszystko zniknęło. Kurwa! — przeklął Reneylan.

Wyspa Kryształowego Powiewu

42
Ail nie zamierzała walczyć z rozwścieczonym tłumem jedynie zatrutym ostrzem, w pogotowiu miała także swój miecz, którego zamierzała użyć kiedy jej przewaga stałaby się zbyt mała. Wszystko jednak potoczyło się tak szybko, że nawet niezapamiętała momentu, kiedy straciła przytomność. Była niemal przekonana, że dojdzie do rozlewu krwi, ale ich przeciwnik miał inny plan.

***

Strażniczka odzyskawszy przytomność, wyrwała się z trzymających ją korzonków najszybciej jak mogła. Nienawidziła uczucia bycia spętaną i bezsilną, była wojowniczką. Równie szybko zauważyła brak broni, znajomy ciężar w postaci kołczanu i łuku na plecach zniknął, a nigdzie nie mogła znaleźć miecza i sztyletu.

- Bawi się z nami. - stwierdziła. - Gdyby chciał nas zabić, zrobiłby to kiedy spaliśmy. Musimy zrozumieć o co tu chodzi. A skoro brakuje tylko jednego z nas, to widocznie stanowi on dla demona największe zagrożenie. Musimy ruszać. - zrobiła kilka kroków w stronę tunelu, innej drogi nie było. Obejrzała się za siebie, aby stwierdzić kto za nią podąży, nie oczekiwała, że będą to wszyscy. Wiele osób zapewne złamał strach. Szczerze powiedziawszy, Ail także się bała, ale nie spotkania z plugastwem czy ran, śmierci. Bała się konsekwencji tego, co będzie jeśli zawiodą.

To co zaprzątało jej głowę, to fakt, że Niriviel coś ukrywał. Przez cały czas sądziła, że to ona sama będzie pierwszym celem demona, że stanowić będzie dla niego największe zagrożenie. Teraz jednak nie była już tego taka pewna - w końcu co ona może zrobić takiej istocie? Nie miała dużego daru magicznego, ledwie dwa proste zaklęcia. Była wojowniczką stworzoną do walki z równym sobie przeciwnikiem, demon był po za jej zasięgiem. To było właśnie to, fakt który sprawił, że od początku pogodziła się z porażką, ona nie miała szans w takiej walce. Nikt z obecnej tu grupy nie miał, ale z jakiegoś powodu nie było tu ojca Vearii.

- Musimy skończyć co zaczęliśmy, wszyscy na nas liczą. - zmotywowała ich tymi słowami, widocznie będąc pewna siebie i zwycięstwa...ale to była tylko maska, w końcu jeśli mają zginąć, to walcząc, a nie czekać na śmierć w ciemnej jaskini.
Obrazek
Obrazek

Wyspa Kryształowego Powiewu

43
Spojrzenie tracącego przytomność elfa ukłuło delikatnie sumienie czarodzieja. Szybko jednak pogrzebał owo uczucie. To co robił było najlepszym wyjściem z sytuacji... a fakt, że sytuacja była tragiczna wyjątkowo nie był jego winą. Pozostałość świadomości w oczach ofiary tylko go upewniła. Gdyby nie zrobił nic ostatnie chwilę młodzieńca byłyby męczarnią. Co do tego był pewien. Nie przewidział jednak tego co miało czekać ich. Gdy inferno zaczęło nabierać na sile uczy Niriviela nabiegły łzami zaś płuca wypełnił dym. Czarodziej zakaszlał i przetarł oczy tylko po to by ujrzeć płonące drzewa i ciała. Nie odwrócił jednak wzorku. Płomienie były ich dziełem. Obserwowanie tego co trawią było praktycznie powinnością. Jeśli nie oni je zapamiętają... to kto?

To pytanie jednak dość szybko uzyskało zgoła niechcianą odpowiedź w formie zgrai kultystów wymachujących pałkami, płaczących i przeklinających ich jakby nie było jutra. Były wśród nich nawet dzieci. Uczony skrzywił się po części od smrodu po części na widok hałastry. Jakaś jego część chciała uratować tylko królową by uspokoić Ali a resztę tych tłumoków zostawić samych sobie i demonowi... czy może faktycznie bogu. Szczerze granica pomiędzy jednym a drugim poczęła zacierać się w umyśle uczonego. Zrezygnowany Niriviel zważył w dłoni nóż i przyjął bojową postawę... a przynajmniej coś co było nią w jego opinii. Ale miał też przedziwnie silne przeczucie, że po pierwszym ciosie pałką w łeb rzuci napastnikowi nożem w twarz i zacznie wymachiwać na ślepo mieczem. Nie miał jednak okazji zweryfikować owej teorii. Oto bowiem drzewa jęły się walić... a wraz z nimi zdało by się cała wyspa. Kiedy zaś obok dymu pojawiła się niebieskawa magła a nozdrza elfa wypełnił zapach rozkładu uczony miał tylko chwilę by pomyśleć:

- "Cholera... nie powinienem tego wdychać... prawda?"

Nim zwalił się na ziemię kaszląc i rzężąc. W ostatnich chwilach przed straceniem przytomności gorączkowo próbując zmusić się do zaprzestania oddychania i ustalenia skąd dobiegł atak... i wtedy objęła go ciemność. Ciemność i pojedynczy obraz. Istoty.

*

Gdy otworzył oczy powitała go znajoma ciemność. Ciemność i wilgoć. Loch, cela, piwnica, wilcza jaskinia... wszystko jedno gdzie podziemia były podobne. A ex-Profesor miał wątpliwą przyjemność spędzić w jej objęciach więcej czasu niżby pragnął. Nirviel wzdrygnął się. Nie tyle ze strachu co bardziej z zimna. Kolana zamarzały mu. Dlaczego? To potwierdził próbując poruszyć skostniałymi członkami i patrzać wkoło. Klęczał. Wzbudziło to w nim niemałą konsternację... jednak nie tak wielką jak to co stało przed nim. Cień. Patrzył na mrok w humanoidalnej postaci... a ten spoglądał na niego. Chłód ponownie przeszył elfa. Czuł coś... znajomego, lecz co? Gdyby w jego życiu spotkała go tylko jednak mroczna, paskudna rzecz mogącą kojarzyć się z tym widokiem... och jakże proste byłoby egzystowanie. Miał ochotę zapytać się istoty czego chce, czy jest demonem i czy się kiedyś spotkali. Nim jednak otworzył usta jego plecami wstrząsnęło uderzenie, któremu następnie towarzyszyło mocne szarpnięcie i głośny trzask. Z gardła mężczyzny dobiegło krótki

- Arh!

Usta elfa zamknęły się momentalnie. Umysł zaczął błądzić w dociekaniach co miało miejsce. Został... uderzony pejczem? Biczem? Batem? Jak zwał tak zwał ale czas i forma kary zaskoczyła go niezmiernie. Miał pewne doświadczenie z torturami... czy raczej byciem torturowanym i podstawą przyzwoitości było zazwyczaj zapytanie torturowanego o to co chce się wiedzieć. Albo wyłożenie mu czemu do cholery ma to miejsce. Oczywiście było dość logiczne wyjaśnienie za co był karany... w końcu pożar musiał dalej trawić święty gaj. Ponownie jednak nim mógł począć podjąć polemikę z domniemanym kultystą czy też samym demonem spotkał go kolejny cios. Tym razem jednak miał on formę obrazu. Stała przed nim... Gerda. Oczy rozszerzyły mu się w zdumieniu... chwilę zaś potem kolejne trzy jęki wypełniły jaskinie.... a zaraz potem jęknęła Inkwizytorka. Następnie zniknęła zostawiając elfa w stanie co najmniej skonfundowanym nie tylko co do tego za co był karany... ale i czy aby na pewno był karany czy też po utracie świadomości wylądował w środku "Pięćdziesięciu lyc sakirowca". Kolejna dwie postaci niekoniecznie rozwiały ową konfuzję ale zdecydowanie sprawiły, że plecy elfa jęły piec zauważalnie mocniej. Dopiero kolejna postać upewniła uczonego, że znajdował się w koszmarze... nie jakiejś sennej erotycznej marze. No chyba, że ostatnie zajścia naprawdę porządnie namieszały w jego preferencjach. Niemniej patrząc w twarz kobiecie do której śmierci się przyczynił był w stanie mruknąć jeno.

- Iluzja. Kłastwo. Sztuczka.

Bloom z każdym ciosem nabrała powagi, bezlitośnie katując barki uczonego. Elf zacisnął zęby próbując nie jęczeć... nie przed nią. Żałował tego co zrobił... nie miał jednak zamiaru dawać satysfakcji kobiecie, która wtrąciła jego i innych nie-ludzi prosto pod karocę Zakonu. Nie zasługiwała na los który ją spotkał... ale zdecydowanie nie zasługiwała na szczęśliwe życie... ani na satysfakcję. Nawet jeśli była tylko pustym obrazem. Ból poczynał jednak zacierać to co było prawdziwe a co nie w oczach maga. Gdy tylko Bloom rozpłynęła się w ciemności elf charknął głośno głosem pełnym bólu i pojękując splunął. Oddychanie zaczynało być problematyczne. Ból narastał. Pot spływał od dłoni aż po stopy.

Wpół odurzony uniósł głowę... i jego twarz wykrzywił uśmiech. Cała konfuzja, strach i niepokój jaki spowodowali wcześniejsi wizytorzy prysł. Została tylko frustracja i rozbawienie. Patrzący na niego elf malował się bowiem doprawdy komicznie w roli kata. Plecy zapaliły jak wszystkie diabły głowa powędrowała w dół. Chwilę potem poczuł dotyk na podbródku. Twarz uczonego uniesiona wbrew jego woli ponownie spoczęła patrząc w te same oczy. Iluzja, koszmar, czarna magia... to co z czym miał do czynienia nie miało znaczenia. Wiedział jedno. Patrząc w tą twarz miał przemożną chęć parsknięcia i wytknięcia jej wszystkich jej niedociągnięć. Splunął ponownie na ziemię, ostrożnie nabrał powietrza do płuc po czym jął w delirium skrzekliwe ryczeć co następuje:

- Powiem ci "Felivrin"... jesteś tragicznym katem. Inkwizytorka jęcząca jakby szczytowała przy co drugim ruchu? Miałem się tego bać!? Do tego przerotyzowane kukły zboczeńca z wieży? O twojej obecnej mordzie nie wspomnę. Mistrzynie też spieprzyłeś z tym jej przesadnym płaczem. naprawdę... jak bardzo można być niekompetentnym!? Nawet niedojdo nie powiedziałeś co mam na cycki Krinn czuć. Wyrzuty? Wsty? Lęk? Podniecenie!? Pewnie, że chce więcej i postaraj się tym razem ty niedołęgo. A jak nie potrafisz to pewnie, zamieńmy się miejscami. Z miłą chęcią pokażę ci jak.. khre... blyh...

Gardło Nirviela zaschło do reszty. Czarodziej wisząc na korzeniach, z krwawiącymi i piekącymi jak wszystkie diabły plecami nie myślał już nawet nad tym jak uciec, gdzie się znajduje i co też się stało z resztą ekspedycji. Jego otępiały umysł wypełniała obecnie jedna myśl "Na kij w tyłku Iris... jakaż szkoda, że nie mogę walnąć tego elfa w mordę". Cały gniew i frustracja za obecną sytuację oraz przeszłe błędy skierowana została w jego świadomości w stronę "Cienia". Patrzenie w semi-fizyczną manifestację samego siebie i jej krytykowanie było zadziwiająco... terapeutyczne. Ale też frustrujące. Głównie frustrujące. Jej twarz była cholernie frustrująca.
Spoiler:

Wyspa Kryształowego Powiewu

44
POST BARDA
Zaczekaj, idę z tobą, chyba dam radę — rzucił Yannear, podnosząc się z ziemi z ledwo słyszalnym jękiem.
Idę i ja — wtrącił się Reneylan i przywołał do siebie jeszcze czterech swoich wojowników. — Tirel, będziesz doglądał reszty. Jak dojdą do siebie, podążajcie naszymi śladami. Spróbujemy znaleźć jakieś wyjście, cokolwiek.
Ruszyli w głąb ciasnego tunelu wydrążonego w mokrym i grząskim gruncie. Było zimno. Dreszcz przebiegał po karku Ail. Gwardzistka czuła się obserwowana. Nie widziała nikogo poza swoimi towarzyszami, lecz ktoś lub coś wbijał w nią swoje ślepia przenikające materię. Czuła to na swojej skórze i w najgłębszych zakamarkach poplątanych jeszcze niespokojnym snem myśli. Jedynym źródłem światła, zdającym się w ogóle nie kończyć tunelu, były pełzające z dziury do dziury obślizgłe, błyszczące różnorakimi barwami korzenie. Czasem wyrastały one z podłoża, powodując potknięcie. Czasem dokuczliwie muskały i łapały za dłonie i włosy, nie dając chwili wytchnienia w męczącej wędrówce.
Dotarli do rozdroża. Trzy nowe odnogi tunelu z pozoru wyglądały tak samo. Dopiero po bliższych oględzinach okazało się, że różnią się... zapachem. Pierwszy korytarz od lewej śmierdział trupem. Odór padliny był tak silny, że przyprawiał o wymioty. Zdawało się nawet, że słychać było brzęczenie much, gdy tylko postawiło się stopę na tym odcinku podziemnej drogi. Drugi korytarz pachniał krwią, słodką i metaliczną. Z wnętrza tego kawałka tunelu słychać było ciężki do opisania szmer, jakby bardzo odległe głosy. Trzecia droga przepełniona była wonią kwiatów i miodu, zapachami tak pięknymi i nęcącymi, że aż niemal hipnotyzującymi. Z tej odnogi słychać było słodki, cichy, kobiecy śpiew. Ail rozpoznała tą piosenkę jak i głos, który ją nucił. Był to głos Królowej Y'asmanai.
To jakaś chora zagadka. Miałaś rację, demon bawi się z nami — warknął zdenerwowany Reneylan.

***

Nagła, niespodziewana dawka sił witalnych ocuciła Niriviela. Zauważył że już nie klęczy na ziemi, a stoi i trzyma w swoich dłoniach bat, a właściwie kawałek giętkiego i wytrzymałego jak skóra korzenia. U jego stóp klęczał sobowtór, cień przybrany za Felivrina. Ukorzony prężył odsłonięte plecy nieskalane ani jedną blizną.
Jeden bat, jedna odpowiedź na twoje pytanie. Szczera i bez kręcenia.
Elf wyprężył się jeszcze bardziej, jak wystraszony kot. Kręgosłup zarysował się wyraźnie na grzbiecie. Gładka łysina Felivrina odbijała blaski okalających ich świecących korzeni.
No dalej, nie mamy zbyt wiele czasu — ponaglił i spuścił głowę w dół.

Wyspa Kryształowego Powiewu

45
Chociaż była z innymi, uczucie bycia obserwowaną nie opuszczało jej. Może ją sprawdza? Obserwuje i poznaje, zanim stawi jej czoła? W sumie zdziwiłaby się gdyby nie była obserwowana, w końcu oni wszyscy wylądowali w miejscu, które raczej nie było naturalne. Kiedy doszli do rozdroża, Ail uważnie wsłuchała się w każdy z korytarzy. Tylko jeden zdawał się być logicznym kierunkiem, tylko do jednego ciągnęło jej serce. Gwardzistka nie przetrwałaby tak długo, gdyby kierowała się sercem a nie rozumem.

- Cokolwiek się tam znajduje, na pewno nie jest naszą królową. Nie nuciłaby piosenki będąc w takim miejscu. Zapach trupa także zdaje się podejrzany. Pójdziemy środkowym...cokolwiek tam znajdziemy, bądźcie gotowi na wszystko. Będzie nam mieszał w głowach i prawdopodobnie będzie chciał obrócić nas przeciwko sobie. Znamy się, cokolwiek zobaczycie, zaufajcie swoim wspomnieniom. No dobra.

Ail wypuściła powietrze z płuc w długim bezruchu, a następnie ruszyła przed siebie.
Obrazek
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Fenistea - puszcza”

cron