Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

16
POST POSTACI
Agnes Reimann
Podnosząc zranionego mężczyznę do pionu, przez chwilę na twarzy Agnes jawiło się zaskoczenie spowodowane jego propozycją. Jej pierwotny plan polegał na zabezpieczeniu siebie i jego, a następnie wysłanie jeśli trzeba – zastępów zwiadowców, by znaleźć Shanis. Ucieczka w momencie, gdy elfka szabrowała karczmę w jej poszukiwaniu mogłaby się udać – oczywiście ta usłyszałaby tętent kopyt, ale istniało małe ryzyko, że zdąży zareagować w hałaśliwym pomieszczeniu. Także mogła pozbyć się problemu konia, co mogłoby być nieco kłopotliwe, ale jednak...

Ta druga wersja była kusząca. Pozbycie się Shanis raz a dobrze było kuszącym pomysłem, ale ryzykownym. Patrząc na stan Victora oferującego się w walce, zmęczenie inżynier i jej niewprawność w walce, było wiele niewiadomych mogących zwrócić się przeciwko niej. Z tym że efekt zaskoczenia mógł się udać. Mógł, ale nie musiał.

Z powatpiewaniem oceniła stan najemnika oferującego się, że załatwi sprawę sam. Opierając się o futrynę, ledwo stał, był niemiłosiernie blady i jedna z jego rąk nie funkcjonowała. Agnes nie wiedziała, co on sobie wyobrażał, ale jego wizje na pewno mijały się z rzeczywistością. Miał jednak rację w tym, że należy to skończyć raz a dobrze, aby potem na spokojnie zająć się sprawami bez groźby czającej się za rogiem psychopatki.

- Wybacz, ale twój stan jest tragiczny. Sam tego nie zrobisz - powiedziała, wyciągając swój sztylet. Następnie odwróciła się do Freesii, która nadal wychylała się za drzwi. - Odsuń się i zamknij drzwi. A najlepiej możecie stąd wyjść.

Następnie wskazała Victorowi, że droga wolna - może się ustawiać wedle jego planu. Serce zabiło jej mocniej, ale starała się zachować zimną krew i sama stanęła pod ścianą, ściskając ostrze i czekając, aż najemnik podejdzie. Nie ufała, że sobie poradzi w takim stanie, dlatego bez względu na jego protesty zamierzała także być gotowa do ataku, nawet jeśli nie była pewna, czy będzie w stanie to zrobić. No ale - Victor mówił, że załatwi to jednym ciosem... Chociaż Shanis pewnie i tak ich czymś zaskoczy, wtedy jednak Agnes będzie musiała improwizować.

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

17
POST BARDA
Słysząc odpowiedź Agnes, Victor zacisnął usta w wąską, niezadowoloną kreskę i opuścił wzrok na trzymany przez nią sztylet. Może jego chęć rozwiązania tego problemu własnoręcznie była nierozsądna, ale z pewnością wolał spróbować, niż narażać kobietę, która nigdy przedtem niczego takiego nie zrobiła. Narażać nie tylko na atak fizyczny, ale także na psychiczne konsekwencje, z jakimi będzie musiała się mierzyć później przez najbliższe miesiące, jak nie lata. Zabicie żywego człowieka - czy też elfa - nie było codziennością dla takich, jak ona. Nie była żołnierzem, najemnikiem... nie była morderczynią. Widziała to wszystko w jego oczach, choć przez dłuższą chwilę nic nie mówił.
Gdy ruszyła w stronę drzwi, przytrzymał ją w miejscu za ramię. Przez moment walczył sam ze sobą, by w końcu powiedzieć cicho:
- Celuj w szyję, głowę. Nawet jeśli jej nie zabijesz, taka rana ją zatrzyma - puścił ją. - Uderz szybko i mocno, a potem odskocz. Od razu.
- Nie nie nie, gołąbeczki, bez takich - oburzyła się mama, podchodząc blisko i stając rudowłosej na drodze do drzwi, zza których lada moment mogła wyjść Shanis. - Nie zgadzam się na rozlewanie krwi w naszym przybytku. Może i jest to dla niektórych nieeleganckie miejsce, ale ma kojarzyć się z przyjemnością, a nie śmiercią. Co ty sobie wyobrażasz, ptaszyno, że pozwolę ci tak po prostu zadźgać kogoś tutaj, w tym pokoju, na samym środku?
- Ta elfka jest porywaczką. Ma nie po kolei... - odpowiedział Victor.
- Gówno mnie obchodzi, czy ma po kolei, czy nie po kolei - przerwała mu ciemnoskóra kobieta. - Ty to się w ogóle nie odzywaj, ciesz się, że żyjesz, kolego. A ty... - wyciągnęła dłoń w stronę Agnes, jakby oczekiwała, że ta przekaże jej sztylet i zaniecha swoich planów. - Ty daj ten nóż, bo się jeszcze pokaleczysz. Chcecie załatwiać swoje sprawy, to na zewnątrz. Nie będzie rozlewu krwi w moim przybytku.
Z karczmy, zza uchylonych przez Freesię drzwi, dobiegł pełen bólu krzyk, a potem na dole zapanował głośny rozgardiasz. Elfka cofnęła się i zatrzasnęła drzwi za sobą, odwracając się do tu zebranych z szeroko otwartymi oczami.
- Na to już trochę za późno - wyszeptała. - Biegnie na górę. Do środka wpadł ktoś jeszcze. Nie widziałam kto.
Victor rzucił Agnes znaczące spojrzenie, a mama zmrużyła swoje ciemne oczy, wbijając w rudowłosą bardzo niezadowolone spojrzenie. Milczała przez moment. Czyżby to Jacob i straż Sehleana dogoniły Shanis? A może wręcz przeciwnie, może resztka bandy Brzydkiej Bobby wróciła, by dostać swoje oko za oko?
- Myślałam, że jesteś jak zagubiony ptaszek, wypuszczony z klatki, ale ty jesteś jak wrona, która przynosi tylko problemy - mruknęła starsza kobieta. - Pozwolę wam to zrobić, ale ta kasztanka na której przyjechaliście zostaje u nas.
Jeśli Reimann się zgodziła, obie kobiety były gotowe zostawić ich dwójkę i opuścić pokój przez drzwi balkonowe.
Obrazek

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

18
POST POSTACI
Agnes Reimann
Widziała to spojrzenie – takie samo, jak w powozie, gdy jechała na egzekucję Vasati. Niezadowolenie z podejmowanych przezeń decyzji i nadopiekuńczość spowodowana chęcią ochronienia jej przed przelewaniem krwi i oglądaniem śmierci. Ale ona była wszędzie i o ile Agnes unikała jej do tej pory, to wystarczyło przejść się po pierwszym lepszym placyku przy koszarach, by ujrzeć trupy, czy nawet egzekucje. Śmierć czyhała w alejkach, na trakcie, czasem nawet we własnym domu i prędzej czy później musiała się z nią zetrzeć. Owszem, będzie przez jakiś czas miała skazę, jeśli to ona zada decydujący cios, lecz z chwilą, gdy obudziła się w tamtym dole, wiedziała, że bez trupów się nie obejdzie... bowiem bez względu na wszystko kobieta będzie docierała do celu, nawet jeśli ta droga będzie usłana ciałami.

Być może to nawet nie była wina zaistniałej sytuacji, a emocjonalnej podróży kilku dni połączonej ze wzbiciem się ponad ludzkie wyżyny inteligencji... i zrozumienie świata. Ujrzenie go na chłodno, bez zbędnych emocji. To wszystko mogło nieco znieczulić Agnes, chociaż jak każdy człowiek, będzie przeżywać to na swój sposób, w tym przypadku tłamsząc to głęboko.

Wiem. Mówiłam, że potrafię korzystać z broni — i jak najbardziej była to racja, albowiem na Akademii uczono ją obrony krótkimi ostrzami. Nie była w tym mistrzynią, ba, nawet zbyt dobra w tym nie była, ale podstawy znała. Poklepała więc mężczyznę po ramieniu, zaraz przechodząc spojrzeniem na burdelmamę, która traktowała ją co najmniej jak dziecko bawiące się nożem. Najpierw więc uniosła brwi, a potem zaśmiała się cichutko. — Prędzej czy później tak się stanie, z twoją aprobatą bądź bez niej. Na pojedynki wyzywać jej nie będę, a już tym bardziej oddawać jedynego źródła ochrony — odpowiedziała, wpatrując się intensywnie w matronę, nie zamierzając odpuścić. Zaraz jednak jej słowa się potwierdziły, gdy prostytutka potwierdziła jej własne obawy. Serce natychmiast stanęło inżynier w gardle, ale uparcie popchnęła najemnika pod drzwi, lekko już zniecierpliwiona, przestraszona i pełna nadziei. — Mówiłam — dorzuciła jeszcze, zastanawiając się, kto za nią wpadł – czy to tamta banda, czy może jej ludzie? Oczywiście ta druga opcja byłaby znacznie przychylniejsza, bo oznaczałaby praktycznie bezkrwawą wygraną... dla jej strony.

Daruj sobie te kwieciste metafory i po prostu daj nam zająć się problemem — powiedziała kobieta, zgadzając się przy tym na wymianę. Nie wiedziała, czyj to był koń, ale w razie czego co ją powstrzyma przed odjazdem na tym samym koniu? W ostateczności już odda wierzchowca.

Tak czy siak ustawiła się za drzwiami razem z Victorem, oczekując zniecierpliwionych, rozgniewanych kroków i szarpnięcia drewnem. Sztylet złapała mocno w dłoń, która trochę się trzęsła. Spojrzała jeszcze na mężczyznę i mruknęła: — Nie wahaj się — a to było w razie, gdyby udało im się ją zatrzymać i wojownik miałby opory przed przemocą. Niech nie ma.

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

19
POST BARDA
Victor skinął głową, choć jej umiejętności korzystania z broni pewnie były dla niego porównywalne do umiejętności dziecka w zakresie rąbania drewna. Wiedziała jak, może nawet kilka razy to zrobiła, ale gdy przychodziło co do czego, ryzyko, że zrobi sobie przy tym krzywdę, było zbyt duże, by się nie martwił. Nic jednak nie powiedział, wycofując się pod drzwi razem z nią. Zdrową ręką sięgnął po miecz, nieporadnie wysuwając go z zawieszonej przy niewłaściwym biodrze pochwy, by potem oprzeć się o ścianę i w milczeniu czekać na Shanis, która wcześniej czy później musiała trafić do nich.
W pokoju panowała absolutna cisza, odkąd Freesia i mama wyszły na zewnątrz. Agnes mogła doskonale słyszeć nierówny oddech najemnika i prawie czuła serce rozbijające się nerwowo w jej klatce piersiowej. Czuła, że robi się jej niedobrze. Wdech... wydech... mijały sekundy, a każda z nich wydawała się dłużyć niemiłosiernie. Słyszała krzyki zza drzwi i zamieszanie w karczmie, a wśród nich dobrze jej znany głos Jacoba - choć może było to myślenie życzeniowe i tylko się jej wydawało? Słyszała uderzenie drzwi nieopodal, odbijających się o ścianę, gdy ktoś otworzył je z impetem, a potem oburzone krzyki przyłapanej na chwili intymności pary. Ciężkie kroki wspinające się po schodach i dobijanie się do kolejnych drzwi, teraz wyraźnie bliżej ich.
- Idzie - szepnął Victor. Jego spojrzenie zlodowaciało, a dłoń zacisnęła się mocniej na rękojeści miecza.
Miał rację. W pewnym momencie ktoś szarpnął za drzwi. Skrzydło otworzyło się szeroko i Agnes kątem oka zobaczyła tuż obok siebie błysk ostrza maczety, a za nią znienawidzony, piegowaty policzek i ciemny warkocz. To wystarczyło, by przygotowana już wcześniej mogła wyprowadzić swój cios.
Shanis nie była jednak nieostrożna. Gdy zauważyła ruch po swojej prawej stronie, sama też odskoczyła, co poskutkowało tym, że ostrze sztyletu drasnęło bok jej szyi i z nieprzyjemnym chrobotem przesunęło się po jej obojczyku. Z gardła elfki wydarł się cichy okrzyk zaskoczenia, a ona sama zachwiała się nieco, dając Victorowi czas na przycelowanie do śmiertelnego ciosu... z jakiego jednak nie skorzystał. Zamiast jej serca, miecz przeciął przedramię kobiety, pozbawiając ją dłoni, w której trzymała maczetę. Pełen bólu wrzask zagłuszył wszystkie pozostałe dźwięki. Shanis opadła na kolana, przyciskając kikut ręki do klatki piersiowej.
- Ty kurwo... ty... - wysyczała.
Najemnik odkopnął maczetę z wciąż zaciśniętą na niej dłonią daleko od niej, a potem zatrzasnął za nią drzwi i zamknął je na skobel. I dopiero teraz, widząc, że sytuacja jest względnie opanowana, pozwolił sobie wrócić na łóżko i usiąść na jego brzegu, blady jak ściana. Agnes miała to, czego chciała: jej porywaczka zdana na jej łaskę, klęcząca przed nią, bezradna i przerażona. Po jej policzkach spływały łzy, wywołane bólem i zapewne przewidywaniem tego, co przyniesie jej najbliższa przyszłość.
- Nie... nie wiesz w co się wpakowałaś, idiotko - wycharczała. - Nie wiesz... nie wiesz do czego on jest zdolny. Trzeba było zdechnąć w tej dziurze w ruinach. Lepsza śmierć niż ta, którą ma dla ciebie zaplanowaną Sehlean. Skończysz tak samo jak Vasati. Tak samo. Zobaczysz. Szkoda tylko, że nie z mojej ręki.
Obrazek

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

20
POST POSTACI
Agnes Reimann
Pomimo powagi sytuacji kobieta zerknęła poirytowana na najemnika, gdy ten wycofywał się pod drzwi, niezgrabnie sięgając po miecz. Być może jej się to wydawało, ale jakby widziała w jego spojrzeniu macoszą iskrę, coś, z czym zetknęła się u własnego ojca – traktowaniem jej protekcjonalnie. Nie była dzieckiem, pobierała nauki walki i przede wszystkim miała swój rozum, którym nadganiała braki w wytrenowanych mięśniach. A jednak pouczał ją ledwo zdolny do utrzymania miecza w dłoni mężczyzna.

Ustawiona, z ostrzem przygotowanym do ciosu, obrony czy ataku, nasłuchiwała. Z dołu i z boku słychać było pewne odgłosy, rozmowy i jęki, a i przez pewien czas przemknął jej znajomy ton Jacoba... jednak przez zdecydowaną większość czasu było cicho na tyle, że słyszała krew pompowaną przez rozszalałe serce prosto do żył – słyszała szum w uszach, a także nieregularny, chrapliwy oddech Victora. Słyszała dźwięki rozkoszy przeistaczane w zaskoczone, a czasami rozsierdzone okrzyki, a także odgłos butów stąpających bo delikatnej strukturze drewna. Nadchodziła.

Widząc otwierane drzwi, znajomą czuprynę i twarz, a także błysk maczety trzymanej w dłoni, Agnes instynktownie, obawiając się powtórki z rozrywki, zaatakowała. Przez krótką chwilę widziała, jak sztylet leci razem z jej dłonią, by po chwili przejechać po skórze i wystającym obojczyku. Nie trafiła, Shanis w porę zareagowała. Czując nadchodzące zagrożenie, natychmiast zaczęła się wycofywać z zakrwawionym ostrzem ustawionym w pozycji obronnej, ale Victor pomimo swych braków fizycznych był szybszy. I gdy myślała już, że elfka padnie martwa na podłogę, ten uciął jej dłoń razem z mieczem, prawdopodobnie wywołując spory ból, skoro aż padła na kolana. Inżynier odwróciła na chwilę głowę, krzywiąc się z niesmakiem, lecz po chwili wróciła spojrzeniem do sceny.

Nie zbliżała się zbytnio do niej, wiedząc, że w akcie desperacji może spróbować zabrać je obie na drugi świat. Stanęła za to przed nią, przyglądając się ranie. W tym tempie, z tak otwartą raną, wykrwawi się, a wcześniej zemdleje z braku krwi. Zastanawiając się kilka sekund i słuchając, co ma do powiedzenia, westchnęła. — Piękna, enigmatyczna wypowiedź. Nie wiesz, na co się piszesz — Agnes postarała się nawet o przedrzeźniający ton, prychając pod nosem. — Zasugerowałabym dalsze elaborowanie, cóż to za los już teraz zgotował mi Sehlean, gdy jeszcze nie zdążyłam go zdradzić, jak perfidnie zrobiła to pani Jomoira, ale... aj, pewnie i tak mi nie powiesz. Nie wiem tylko, dlaczego od razu jej nie zabiłeś, Victor — ostatnie zdanie skierowała do mężczyzny, patrząc na niego. — Nic, co mi powie, nie ma większej wagi, a będzie jedynie straszyć czymś, co i tak w większym bądź mniejszym stopniu wiem. W ten sposób jedyne, co zrobi, to będzie pływać za kilka minut we własnej krwi, wcześniej mdlejąc z jej braku.

Zerknęła na sztylet trzymany w dłoni, zabrudzony rdzawym śladem zabranym z rany na obojczyku. Następnie kątem oka spojrzała na najemnika. Ktoś musiał wykonać egzekucję, ale z drugiej strony... Poczeka. Konanie w męczarniach, słabnięcie z minuty na minutę należy się Shanis, która sikając juchą nie będzie mogła za chwilę jakoś zareagować. Umrze z wykrwawienia.

Na razie jednak, ciągle z ostrzem w ręce i w bezpiecznej odległości, oczekiwała odpowiedzi, chociaż na pewno nie bedzie ona taka, jakiej chciała. Spodziewała się wyzywania, burczenia... Z drugiej strony elfka mogła odpowiedzieć dokładniej, być może prawdziwie bądź kłamać, aby spróbować ją nastraszyć. Kto wie.

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

21
POST BARDA
- Mogę to jeszcze zrobić - zmęczonym głosem odparł Victor w odpowiedzi na jej zarzut. Mógł ją zabić, faktycznie. Musiał jednak dojść do wniosku, że to nie było najlepsze rozwiązanie, albo że Agnes będzie chciała jeszcze poświęcić trochę czasu swojej niedoszłej oprawczyni. Grunt, że w tej chwili była sprowadzona do poziomu podłogi, zdezorientowana i oszalała z bólu. I choć inżynier wciąż trochę się jej obawiała, to w gruncie rzeczy nie miała czego. Bez ręki nie było sensu sięgać po łuk, a maczeta razem z dłonią leżała trzy metry od Shanis. Ta z kolei przyciskała kikut ręki do brzucha, wpatrując się w rudowłosą z wściekłą bezradnością.
- Nic więcej ci... nie mogę powiedzieć - stęknęła. - Nic więcej nie wiem. Mówiłam Vasati, żeby w to nie szła. We współpracę z tym elfem. On jest bezwzględny i okrutny. Jest... ugh...
Tak jak blado wyglądał Victor, tak samo ona z chwili na chwilę coraz bardziej traciła swoje kolory. W przeciwieństwie do niej, intensywnej czerwieni nabierały jej ubrania, zalewane jasną krwią. Agnes miała rację - jeśli nikt nie udzieli jej pomocy, za kilkanaście minut będzie nieprzytomna, a niedługo później martwa. Elfka doskonale zdawała sobie z tego sprawę, tak samo jak z faktu, że prośby o litość byłyby w tym momencie kompletnie bezskuteczne. Nie po wszystkim, co przez nią musiała przeżyć, nie po porwaniu, po nocy spędzonej samotnie w dżungli, po przeprawie przez gęstwinę i traumie, której z pewnością się nabawiła. Shanis chciała, by Reimann umarła, zarówno wcześniej, jak zapewne i teraz. Tylko że w tym momencie obie nawzajem chciały swojej śmierci, a bliżej spełnienia tych oczekiwań była zdecydowanie Agnes.
- Zabierze ci wszystko, co kiedykolwiek osiągnęłaś i przywłaszczy to sobie, ciebie wrzucając w najgłębszą dziurę - dodała cicho. - Świat o tobie zapomni. Nie jesteś pierwsza i nie jesteś ostatnia, którą zaprasza na swoje bankiety i oferuje gwiazdy z nieba.
To mogła być tylko groźba, ale czy Reimann była w stanie te słowa tak po prostu zignorować, puścić mimo uszu? Elfka wyprostowała się nieco i odwróciła w stronę drzwi, robiąc na kolanach dwa nieporadne kroki w ich stronę. Tak jakby w ogóle istniała szansa, że pozwolą jej stąd wyjść i poczołgać się do jakiegoś medyka. Zanim jednak zdążyła zrobić trzeci, ktoś szarpnął za klamkę i w progu pojawił się Jacob - zakrwawiony i wyraźnie ranny, ale zdeterminowany, by nie dopuścić do najgorszego.
- Pomocy - jęknęła Shanis, początkowo nie poznając w mężczyźnie tego, który towarzyszył rudowłosej na pierwszym bankiecie. - Oni...
W końcu dotarło do niej, z kim rozmawia. Zamarła w milczeniu, kiedy Jacob przeniósł wzrok na Agnes i Victora, a na jego twarzy odmalowała się gigantyczna ulga. Dopiero wtedy spojrzał z większym zainteresowaniem na kobietę bez ręki. Nie przerywał jednak toczącej się dyskusji, o ile tak można było to nazwać.
- Po prostu mnie zabijcie już - rzuciła cicho elfka, opuszczając zrezygnowany wzrok na podłogę.
Obrazek

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

22
POST POSTACI
Agnes Reimann
Nie ma potrzeby, już teraz straciła za dużo krwi — odparła na sugestię mężczyzny. Faktycznie widoczne cierpienie i braki w kończynach były głównym motywem, dla którego elfka teraz była niegroźna, ale ostrożności nigdy za dość. Wystarczy ukryty sztylet wyciągnięty wolną dłonią.

Wysłuchała pojękiwań Shanis opowiadającej o bezwzględności elfa, pod którego opiekę się zapuściła. Faktycznie nie było to nic nowego dla niej – Sehlean był magnatem, miał wpływy i zapewne bawił się w politykę od kilkudziesięciu lat, tworząc sieć kontaktów i dłużników, rozciągając pajęczynę intryg po całej wyspie. Był niebezpieczny i cwany na tyle, że zgarnął Reimann do siebie w momencie, w którym najbardziej go potrzebowała. Ba, nie zdziwiłaby się, gdyby oszukał i Vasati, chcąc się jej pozbyć, samej Agnes kłamiąc w twarz. Wszystko mogło z nim być możliwe, a nie można było go odczytać, bowiem jego lico było jak księga zamknięta na klucz – nijak nie wiedziała, czy jego emocje są prawdziwe.

Truizmy — powiedziała, spoglądając na elfkę z góry. I jej twarz była nieprzenikniona, bez emocji, chociaż w środku targała nią obawa i strach. Uzgadniając z nim umowę nie zastanawiała się głębiej nad potencjalnym niebezpieczeństwem, ale gdzieś w podświadomości wiedziała, że takowe istnieje. Wiedziała, że na wyspie musi uzbroić się w sojuszników i własną siatkę, którą ochroni ją przed ewentualnym gniewem elfa. — Zaufanie elfowi, który zdołał wspiąć się na szczyt byłoby nieostrożne, prawda? Zresztą, wy ostrousi nie doceniacie ludzi. Nigdy tego nie robiliście i wychodzicie na tym tragicznie. Spójrz na siebie chociażby, czy twoją ukochaną Vasati. Żadna z was nie doceniła mnie i każda skończyła gorzej od drugiej. Jomoira miała chociaż ten komfort spokojnej śmierci.

Z politowaniem spojrzała na blednącą Shanis czołgającą się na kolanach, roznoszącą wszędzie własną krew. Kałuża nieubłaganie rosła, w przeciwieństwie do szans na przeżycie elfki. Te zaś spadły gwałtownie, gdy w drzwiach pojawił się Jacob. Z początku Agnes drgnęła, nie spodziewając się wparowania do środka ochroniarza, ale zaraz się rozluźniła, widząc że jest całkiem bezpieczna. I jak nigdy wcześniej, rezygnacja w spojrzeniu i w głosie jej porywaczki satysfakcjonowała ją. Ba, nawet chciała, aby ta wykrwawiała się do końca, ale nie była aż taką sadystką.

Nawet nie wiesz, jak bardzo mam ochotę ciebie tutaj zostawić, abyś sczezła — wycedziła, obchodząc powoli Shanis, stając za jej plecami. — Mam jednak świadomość, że elementów losowych jest zbyt dużo. Na przykład mi pomogła uciec wróżka. Miałaś mnie tuż pod nosem, na widoku, a jednak poszłaś dalej. Ja nie popełnię twojego błędu. Błędu Vasati. Żyję za krótko, by móc sobie pozwolić na taką loterię — po raz pierwszy od chwili, gdy ta się pojawiła w pokoju, na twarzy Agnes pojawiło się zmęczenie... psychiczne, całą tą sytuacją. Chowając powoli sztylet i opierając się o parapet, powiedziała cicho: — Ktokolwiek z was może, niech ją dobije. Im szybciej to załatwimy, tym szybciej będziemy w domu.

I chociaż bardzo chciała odwrócić wzrok, niejako zmusiła siebie do oglądnięcia ewentualnej egzekucji; tej zleconej przez nią samą. Co powiedziałby ojciec, gdyby był przy tym? Matka, Frederic? Agnes wychowała się w końcu w praworządnej rodzinie, która nie miała nigdy takich problemów, a jednak to ona skazywała na śmierć swoją wróg, przez którą o mały włos nie zginęła. To ona wplątywała się w szemrane układy, a wszystko to w imię postępu, w imię nauki. By mogła zostać zapamiętana jako osoba, która zostawiła po sobie ślad. Nie chciała więcej, oprócz ujrzenia, jak Herbia się zmienia, ewoluuje, jak życia maluczkich stają się łatwiejsze, jak technologia wypiera magię.

I patrząc na wykrwawiającą się Shanis, zorientowała się, że jest w stanie przejść po trupach, byle tylko osiągnąć swój cel.

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

23
POST BARDA
Pozostało mieć nadzieję, że był to ostatni trup, po którym musiała przejść Agnes, by osiągnąć swoje cele. Shanis nie płakała, nie panikowała tak, jak robiła to Vasati, kiedy Sehlean kazał jej wypić truciznę. Słysząc, że ktoś ma ją "dobić", elfka po prostu zamknęła oczy, czekając na ostateczny cios. Przez krótką chwilę wyglądała, jakby ogarnął ją absolutny spokój. Pogodziła się już z nieuchronnością swojej śmierci, a skoro nie udało się jej osiągnąć tego, co osiągnąć tak bardzo chciała, pozostała jej już tylko rezygnacja. Victor skinął głową w kierunku Jacoba, nie próbując nawet podnieść się z łóżka, więc ochroniarz bezceremonialnie złapał Shanis za włosy i poderżnął jej gardło. Widok, znacznie bardziej krwawy i drastyczny od śmierci Vasati, mimo obojętności, na długo miał zostać wypalony w pamięci Agnes. Krwawa linia, która wykwitła na szyi ofiary, szybko zmieniła się w krwawy wodospad, a puszczone przez Jacoba ciało w końcu opadło na drewnianą podłogę burdelu, prawdopodobnie na zawsze brudząc ją posoką. Ostatnie zagrożenie - a może przedostatnie, jeśli liczyć ostrzeżenia elfki - znikało z życia rudowłosej, dając jej upragniony spokój, w który po tym wszystkim ciężko było uwierzyć. Zakrwawiony sztylet w jej dłoni przypominał o tym, jak skomplikowało się ostatnio jej życie i wciąż było jej niedobrze, zapewne przez widok, od którego nie chciała odwrócić spojrzenia. Ale kto wie, może teraz już wszystko będzie prostsze. Może życie nie miało dla niej zaplanowanych nowych niespodzianek, które uniemożliwiłyby jej dalsze działania i teraz w końcu będzie mogła przygotować się do wyprawy jak należy. Kattok czekało. Okrucieństwo wyspy nie mogło równać się z okrucieństwem, jakie zgotowała jej Vasati i jej kochanka.
- Musimy wracać do miasta - zawyrokował Victor, po długiej chwili milczenia z trudem podnosząc się ze sfatygowanego materaca.
- Co z nią? - spytał Jacob.
- Przeszukaj ją, zobacz czy ma przy sobie cokolwiek ważnego, a potem... nie wiem, wszystko jedno. Niech ją zakopią gdzieś w lesie.
- Możemy posłać po wóz. Proszę mi wybaczyć, ale żadne z was nie nadaje się teraz do jazdy konnej - uniósł na Agnes pytające spojrzenie, zanim pochylił się i zabrał za przeszukiwanie martwej.
Nikt im nie przeszkadzał. Mama musiała zakazać jakichkolwiek działań, odkąd Reimann wstępnie zgodziła się na pozostawienie tu konia w zamian za bezczynność i obojętność. LeGuiness podszedł do rudowłosej i zdrową ręką delikatnie wyciągnął sztylet z jej dłoni.
- Chcesz poczekać na wóz? Wrócimy do miasta. Twój ojciec na ciebie czeka. Wszyscy na ciebie czekają.
Stan, w jakim się znajdowała, raczej nie był stanem, w którym chciałaby pokazywać się ojcu. Mówiła, że jej praca jest bezpieczna i pewna, tymczasem działo się to, co się działo. Za moment miała wypływać, a ostatecznie nie miała nawet czasu na spokojnie się przygotować. Widziała to wszystko też w zmęczonym spojrzeniu Victora. Z pewnością miał własne sprawy do załatwienia przed wypłynięciem, do których nie należało leczenie unieruchomionej ręki. Przełożył sztylet do drugiej dłoni i odgarnął kilka rudych kosmyków z twarzy kobiety.
- To już koniec - obiecał. - Ostatni problem leży martwy. Czas wracać do domu.
Obrazek

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

24
POST POSTACI
Agnes Reimann
Oczywiście, że im mniej trupów, tym lepiej. Tylko psychopaci pragnęliby kobierca martwych ciał pod ich stopami, a nawet jeżeli Agnes przejawiała nieco socjopatycznych objawów, to nieustanny dyskomfort psychiczny związany z ich widokiem nie był dla niej wskazany. Wolała spokojne życie, w którym zaszyje się w gabinecie, projektując, gdzie nikt nie będzie jej niepokoił do końca życia. Wydając jednak wyrok śmierci na swoją nemezis, zdała sobie zwyczajnie sprawę z tego, że czasami po prostu inaczej się nie da. Oby tylko nikt więcej nie napatoczył się jej na tyle, aby ponownie musiała to robić.

Patrzyła względnie obojętnie na wykrwawiającą się Shanis, śledząc ruchy Jacoba bezceremonialnie podrzynającego jej gardło. Siknęło więcej krwi, robiąc wokół elfki małą kałużę, która wsiąkała w drewno. Gdzieś w trzy czwartej egzekucji odwróciła wzrok, słysząc jedynie głuchy dźwięk bezwładnie upadającego na podłogę. Ścisnęło ją w żołądku i gardle i chociaż wiedziała, że to jedyna słuszna decyzja, to niemiłe uczucie z tyłu głowy nie pozwalało cieszyć się jej zwycięstwem, raczej ubolewając nad ostatecznością. Mimo wszystko gdzieś tam jeszcze odczuła spokój, że przynajmniej na razie powinna już mieć większość problemów z głowy.

Słuchała rozmowy mężczyzn, ale wpatrywała się bardziej w plamę ciemnej posoki rozlewającą się powoli po deskach. Gęsta ciecz była hipnotyzująca – ciężko było jej oderwać wzrok, dopóki nie poczuła, jak ciężar zakrwawionego sztyletu znika z jej dłoni. Spojrzała nieprzytomnie na Victora, słysząc pytanie. Pokręciła głową, bledsza niż zwykle i odchrząkając, zmusiła się do stoickiego spokoju pomimo dziwnej burzy emocji w środku. — Wszystko mi jedno, chcę jak najszybciej znaleźć się w mieście, z dala od tego... wszystkiego.

Spojrzała w oczy Victorowi, uśmiechając się krzywo i prychając pod nosem. — Tak, ostatni problem. Za chwilę jeszcze pewnie usłyszę narzekanie tamtej kobiety, jakim to jestem problemem, a i jeszcze jak się dowie... no właśnie, co się w końcu stało na trakcie? — sięgnęła spojrzeniem ponad ramieniem najemnika, kierując swe pytanie w stronę Jacoba. Oderwała się niechętnie od kantu, przy którym stała i omijając szerokim łukiem ciało, sięgnęła po chustę mającą służyć za temblak. — Nie jestem pewna, czy czekanie na wóz w tych warunkach i z takim towarzystwem jest dobrym pomysłem, aczkolwiek wy tutaj jesteście ekspertami od wojaczki, niebezpieczeństw i podróży. Daj tę rękę, trzeba ją w końcu usztywnić, zanim trafisz do uzdrowiciela. Znowu pewnie trzeba będzie skorzystać z usług szarlatanów, ale teraz dopilnuję, żeby Sehlean za to zapłacił.

Jeśli mężczyzna nie oponował, zamierzała zrobić tymczasowy opatrunek. Prawdopodobnie żadnej deseczki tutaj nie było, więc musiał sobie poradzić z chustą owiniętą na karku. I tak, nie wiedziała, czy aby to dobry pomysł zostawać tutaj dłużej, niż to potrzebne. Z drugiej strony faktycznie jazda konno byłaby wyczerpująca. Tę decyzję zostawiła jednak panom.

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

25
POST BARDA
Victor starał się stawać tak, by zasłonić Agnes widok martwej Shanis i jej krwi rozlewającej się po podłodze. Skinął głową, gdy poinformowała go, że chce jak najszybciej dojechać do miasta i wsunął sztylet za pas.
- Pojedziemy konno - zdecydował, zerkając na Jacoba.
- Zostało nas dwóch - odezwał się ochroniarz, odpowiadając na pytanie rudowłosej i jednocześnie na to niewypowiedziane przez Victora. - Dwójka od nich uciekła, jeden bardzo ranny, ale nie ścigaliśmy ich już. Elf czeka na dole. Konie są całe, wszystkie cztery, więc jeśli czujecie się na siłach, możecie wsiąść na nie. Jeśli nie, możemy wziąć po jednej osobie za plecy. Jesteśmy w lepszym stanie niż wy.
LeGuiness westchnął i skinięciem głowy zgodził się na unieruchomienie ręki. Plusem był fakt, że nie była złamana - mięśnie mogły się szybko zagoić i nie zostawić po sobie bolesnych konsekwencji, co jednak nie znaczyło, że mężczyzna miał teraz siłę skutecznie prowadzić konia.
- Jednego trzeba będzie tu zostawić - mruknął. - Zapłata za obojętność.
W okolicy nie było żadnej deseczki, ani niczego sztywnego do unieruchomienia ręki najemnika. Wystarczyło jednak odpowiednio zawiązać chustę, by ciężar kończyny nie obciążał rannego barku - oczywiście, po uprzednim założeniu z powrotem zakrwawionej koszuli, której mężczyzna nie zamierzał tu zostawiać. O dziwo, sam Victor wyglądał już nieco lepiej. Najwyraźniej pozbycie się ciała obcego z ramienia i odpowiednie go zabandażowanie znacząco zmniejszyło ból, który odczuwał.
- Dziękuję - powiedział cicho, choć nie musiał wcale zniżać głosu, bo Jacob ruszył już z powrotem do karczmy, zlecić posprzątanie trupa i ustalić resztę z mamą w imieniu Agnes. - Miejmy nadzieję, że to drugi i ostatni raz, kiedy musisz to robić.
Reimann raczej nie miała ochoty przechodzić przez główną salę, pełną ludzi i tutejszych pracownic, więc skierowali się do wyjścia przez balkon. Choć nic im już nie groziło, trudno było się powstrzymać od nerwowego spoglądania pomiędzy gałęzie drzew i gęste listowie. W prowizorycznej stajni faktycznie czekał jeden z dwóch elfów, oparty o ścianę, beznamiętnym spojrzeniem podążający za wycieńczoną dwójką, gdy ta zeszła ze schodów i wyłoniła się zza załomu budynku. Chłopak stajenny zdążył już ściągnąć siodło z klaczy, na której przyjechali i czesał wierzchowca z zadowoleniem odmalowanym na twarzy. Mina trochę mu zrzedła, kiedy w zasięgu wzroku pojawiła się przyczyna całego tego zamieszania, ale nie przerwał swoich działań.
Z drugiej strony, od głównego wejścia, dotarł do nich Jacob w towarzystwie ciemnoskórej, krępej kobiety. Mama nie wyglądała na zadowoloną, ale mimo to zamierzała przyjść i upewnić się, że wszystko zostanie załatwione tak, jak ustalili. Ramiona miała teraz okryte kolorową chustą, która przedtem wisiała przywiązana do jej pasa. W jej uszach błyszczały już kolczyki, które dostała od rudowłosej, mocno kontrastując z jakością reszty jej stroju.
- I ptaszyna wraca do gniazda - uśmiechnęła się, choć nie był to szczery grymas. - Zostawiając po sobie chaos i pokój nie do użytku.
- Zapłata jest chyba wystarczająca
- odpowiedział jej oschle Victor. - Odjeżdżamy i zabieramy chaos ze sobą. Pokój nie jest nie do posprzątania.
- Tak, tak, najdroższy, tak się umawialiśmy. Ale proszę, jaki rozmowny się zrobiłeś, jak nie przeszywa cię strzała.

Jacob wskoczył na jednego z trzech pilnowanych przez elfa koni, a strażnik Sehleana na drugiego. Trzeciego trzymał za wodze obok, zamierzając doprowadzić go do miasta bez jeźdźca. Pomogli usiąść z tyłu pozostałej dwójce, Agnes za Jacobem, a Victorowi za elfem, zanim ruszyli lekkim kłusem w stronę miasta. Mama jeszcze przez chwilę odprowadzała ich spojrzeniem, by w końcu wrócić do swojego przybytku rozkoszy i zapewne zarządzić sprzątanie.
- Powrót nie zajmie nam długo - rzucił Jacob uspokajająco, choć nie powiedział nic więcej. W pocieszaniu swojej pracodawczyni nigdy nie był szczególnie dobry. Zamilkł więc, pozwalając jej skupić się na drodze powrotnej, lub zamknąć oczy i czekać na upragniony gwar miasta.
Obrazek

Słońce i Cydr - Przybytek Wolnej Miłości

26
POST POSTACI
Agnes Reimann
Nie umknął uwadze Agnes sposób, w jaki Victor stał na jej drodze. Jakby chciał ją znów bronić przed okropnymi widokami, pomimo faktu, że i tak przed chwilą na to spoglądała, sama to zarządziła. Była traktowana zbyt protekcjonalnie, co może i miało swoje plusy, ale irytowało jej personę na dłuższą metę. Skupiła się dlatego na wypowiedzi Jacoba tłumaczącego wydarzenia na trakcie. Nadal pozostawały one skazą na ego kobiety, która osobiście wolała wierzyć we własne zmęczenie niż rozbujałe poczucie własnej wartości, które naraziło całą drużynę. Westchnęła po cichu, do siebie, biorąc tamtą chustę i zaczynając tworzyć temblak.

Jacob gdzieś zniknął w trakcie procesu i dwójka została sama w pomieszczeniu razem z trupem jej nemezis powoli upuszczającym resztę krwi z organizmu. Słysząc podziękowania najemnika i jego uwagę, Agnes uśmiechnęła się słabo, zawiązując ostatni supeł. — Jeszcze trochę i przy ówczesnej wiedzy będę w stanie otworzyć praktykę medyczną. — Zabawne było to, że człowiek posądzany przez jej ojca o życie pełne niebezpieczeństw był w nim faktycznie, ale przez nią, nie przez własne porachunki. Stary Reimann pewnie jednak tego nie zrozumie do końca. Za bardzo kochał swoją córkę.

Spojrzała w międzyczasie na koszulę, którą Victor założył, z lekką dezaprobatą kręcąc głową na widok podartego materiału zwisającego z jego ramion. Nie pisnęła jednak słowa, pomagając mu wyjść balkonem. Szczerze powiedziawszy, wydarzenia poprzedniej nocy tak odbiły się na jej psychice, że nerwowo rozglądała się na prawo i lewo, ciągle oczekując, że ktoś wyskoczy i ją spróbuje zabić... a Shanis przecież nie żyła, nie mogła tego zrobić. Wrażenie jednak pozostało do stajni, gdzie koń był oporządzany przez stajennego. Cena, jaką zapłaciła za pozbycie się własnego problemu była wygórowana i tyle nawet zabójcy do wynajęcia prawdopodobnie nie brali, ale nie miała wszakże wyjścia. Zresztą, koń nie był jej, a raczej Sehleana.

Skinęła głową elfowi, w milczeniu zabierając wszystkie juki, które miał przy sobie wierzchowiec i przyczepiła do wolnego konia. W międzyczasie ujrzała Jacoba i burdelmamę idących do stajni – ta druga napawała ją nieustannie obrzydzeniem, a widok jej pulchnej twarzy w tanich ubraniach, z jej kolczykami w uchach był naprawdę odrażający.

Zapłata jest więcej niż wystarczająca — dorzuciła Agnes, dowiązując ostatnie juki. — A jeśli chcemy bawić się w metafory, chaos jest jedynie stanem, do którego nieustannie dąży natura. Jest pustką, w której wszyscy kiedyś się znajdziemy. Z chaosu wychodzi ład. Możesz zrobić z tą informacją, co chcesz. A za tego konia radzę dokupić dywan, który przykryje wsiąkniętą krew. I spodnie dla twojej... dziewczynki.

Wsiadła z cichym jękiem na konia, natychmiast opierając się o plecy ochroniarza i tylko przez chwilę spoglądając na przybytek. Paranoja podpowiadała jej, że nie dobiła Shanis, że ta jakimś cudem przeżyje, ale przecież widziała, ile krwi z niej wypłynęło i że miała poderżnięte gardło. Nie ma takiej możliwości. Było to jednak uczucie podobnego do tego, gdy wychodzi się z domu i zastanawia, czy aby na pewno zostały drzwi zamknięte na klucz.

My pojedziemy od razu do domu. Chcę coś zjeść, wykąpać się i iść spać. Wy — wskazała na Victora i elfa. — Pojedźcie do pana Viti'ghrina. Victor potrzebuje opieki medycznej. A jeśli rzeczony pan Viti'ghrin będzie chciał ze mną porozmawiać, może to zrobić jutro. Odwiedzając mnie osobiście w mym mieszkaniu. Przekażcie mu to — powiedziała i faktycznie zamierzała to wykonać. Elf niech nie myślał, że będzie na każde jego skinienie w momencie, gdy za każdym razem, gdy go odwiedzała, coś złego się działo. Zamierzała przesiedzieć w swoich czterech ścianach do wypłynięcia i nie interesowało jej to, czy ktoś coś od niej chciał.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Taj`cah”

cron