Dzielnica Portowa

106
POST POSTACI
Josephine
Kłęby dymu wydobywały się z narkotyzujacej mieszanki, przyćmiewając wszelkie emocje i zmysły kobiety, która jedyne o czym potrafiła myśleć, to rozszarpanie wszystkiego na strzępy. Drżała przez to spazmatycznie, próbując przegonić bestię ze swojej głowy, ale było to trudniejsze niż myślała. Krwawe słońce nie pomagało, a wręcz przeszkadzało, denerwowało swoim stanem i wpływem najemniczkę, która coraz gwałtowniej zaciągała się tytoniem, dochodząc do momentu, w którym zakrztusiła się dymem. Złapała się za głowę, kompletnie oszołomiona gdy usłyszała pierwszy głos.

- Ja pierdolę! - wrzasnęła, widząc orczycę i jej kilka kopii... Albo kilku strażników. Postarała się jednak zreflektować na tyle, aby niemrawo zaśmiać i powiedzieć tylko: - N-nie strasz.

Zerknęła na wychodzącą Verę, która delikatnie mówiąc miała dość. Właściwie nie dziwiła jej się - ostrzegała, że współpraca z nią zakończy się tragicznie.

Patrząc na oddalającą się panią kapitan, Joe coś tknęło. Nie wiedziała do końca co to jest, chociaż najprościej byłoby to opisać poczuciem winy. Jej wybuch przeraził nawet ją, a co dopiero kogoś postronnego. Poza tym przyzwyczaiła się do jej towarzystwa przez ostatnie godziny i pomimo wątpliwego stanu odbiła się od ściany, mijając Snu, mamrocząc coś pod nosem i biegnąc chwiejnie za Verą. Przygasila po drodze tytoń.

- Czekaj! - krzyknęła, chcąc zwrócić jej uwagę. Będąc wystarczająco blisko, chwyciła ją za nadgarstek mocno, ciągnąc na bok, gdzie nie kręciło się tyle mieszkańców Karlgardu. A wszystko o ile Umberto na to pozwoliła.

- Ja nie... Kurwa, wszystko mieni mi się w oczach. Tam było kilku strażników, czy tylko ta baba? - zapytała, dysząc. Przymknęła na sekundę oczy, nie chcąc widzieć tego zasranego słońca choćby przez chwilę. - Nawet ja nie wiem... Nie wiem czemu tak nagle się to dzieje, dobra? Nie chciałam się na niego rzucić. Nie chciałam... Nie miałam tego na myśli. Nie ja. Daj mi... Minutę. Muszę odpocząć, z dala od tego pierdolonego zaćmienia. Wytłumaczę wszystko.

Dzielnica Portowa

107
POST BARDA
Fernand nie odezwał się już słowem, nie odprowadził Very nawet spojrzeniem. Jego wzrok omijał również pieniądze, bo co mu było po jednorazowej wpłacie, gdy jego i jego liczną rodzinę czekał los straszniejszy, aniżeli bankructwo?

Zarówno Josephine, jak i Vera, mogły opuścić przybytek bez przeszkód. Kiedy ta druga przekroczyła próg, usłyszała śmiechy.

- Ktoś tu ma coś na sumieniu, co? - Mówiła orczyca.

- Może zgarniemy ją tak dla przykładu, pani kapitan? - Zawtórował jej inny strażnik.

Przynajmniej Snu-Snu była zadowolona z tego, że widziała Verę.

- Szybko się zaleczy! - Odpowiedziała jej, poruszona troską o swoje urazy. Odsłaniając stworzony z czystego płótna opatrunek, który przyciskała do rozbitej wargi, pokazała jej ogrom szkód, jaki powstał po zetknięciu z posadzką.

- Pani kapitan Snurli niewiele już zaszkodzi. - Parsknął kolejny strażnik, wywołując salwę śmiechu swoich towarzyszy, jak również samej zainteresowanej.

- Jutro się widzim! -Przypomniała Snu Verze i Joe, po czym pozwoliła im pójść własną drogą.

***

Zaułek, który wybrała Joe, nie różnił się wiele od tego, w którym wcześniej załatwiły ludzi Rappego. Wąski na kilka kroków, z rynienką pośrodku, którą tym razem w stronę morza płynęła w miarę czysta woda, bez zapachów i odpadków.

Josephine wciąż kręciło się w głowie, a w oczach dwoiło i troiło, jednak narkotyk skutecznie tłumił bestię, która jedynie powarkiwała cicho z podświadomości, nie dając o sobie zapomnieć, jednak nie przejmując władzy nad ciałem kobiety.

Dzielnica Portowa

108
POST POSTACI
Vera Umberto
- Ładnemu ze wszystkim ładnie, Snu, nie martw się - uśmiechnęła się nieco szerzej, gdy Snurla pokazała jej swoją poharataną twarz. W rzeczywistości nie było w tym nic ładnego i wszyscy o tym wiedzieli, tak jak generalnie nie było niczego ładnego w orkach. Vera wiedziała o czym mowa - dwóch przedstawicieli tej rasy było członkami jej załogi i nieważne jak przyzwyczajona do nich nie była, wciąż były to parszywe mordy. Kły i permanentnie zmarszczone brwi robiły swoje.
Zamierzała zostawić cały ten cyrk za plecami, ale Joe miała inny plan. Kapitan warknęła, gdy poczuła dłoń zaciskającą się na swoim nadgarstku i wyszarpnęła go, odsuwając się od najemniczki o krok. Poszła jednak za nią do zaułka, postanawiając dać jej jedną, ostatnią szansę na wyjaśnienie, chociaż nie miała pojęcia jakie mogło być racjonalne wytłumaczenie takiego zachowania. Jeśli nie będzie żadnego, Umberto nie zamierzała już dłużej bawić się w te podchody. Rzuciła krótkie spojrzenie przez ramię, sprawdzając, dokąd udali się strażnicy. W razie czego nie miała do nich daleko, co miało jednocześnie pozytywne i negatywne strony. Dla Snurli wyglądało to zapewne jak kłótnia kochanków - znacznie sensowniejsze, niż rzeczywistość.
- Co? - syknęła. Jej dłoń nie była oparta o rękojeść sejmitara, ale Vera była gotowa w każdej chwili go dobyć. Nie miała już zielonego kurwa pojęcia, czego spodziewać się po tej kobiecie. - Kilku, Joe. Kilku pierdolonych strażników.
Parsknęła suchym, pozbawionym rozbawienia śmiechem i pokręciła głową, przyglądając się naćpanej na nowo najemniczce z niedowierzaniem.
- Zaproponowałabym ci, że możesz odpocząć od zaćmienia moim statku, ale po tym, co odjebałaś u Fernanda, żałuję, że kiedykolwiek pozwoliłam ci postawić choćby jeden krok na pokładzie.
Oparła się o przeciwległą ścianę. Jej dłoń automatycznie powędrowała do kapelusza, ale nie zabrała go przecież ze sobą z Siostry, tak samo jak płaszcza. Chciała nie zwracać na siebie uwagi i nie wzbudzać podejrzeń. Nie rozumiała, czym zasłużyła sobie na taki okrutny chichot losu, jakim była osoba Josephine. Wyjrzała z zaułka, sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje.
- Mów. Masz minutę. Potem idę, próbować naprawić to, co spierdoliłam, spotykając ciebie.
Obrazek

Dzielnica Portowa

109
POST POSTACI
Josephine
Zdyszana, spocona i z co najmniej dwoma wersjami Very stojącymi przed nią, Joe osunęła się o ścianie ciemnej uliczki i usiadła, opierając głowę o nią. W cieniu bestia rwała się mniej, jakby lgnęła do widoku czarnego, krwawiącego słońca i domagała się tego samego koloru na rękach kobiety. Czyja to byłaby posoka, jej już nie obchodziło, choćby miała wparować do sierocińca i wyrżnąć wszystkie dzieciaki. Dla bestii liczyło się tylko to, czy będzie uczta.

A. Mogło wyjść gorzej. Dobrze... że wróciłaś po tę orczycę. Mniej podejrzeń — mruknęła, sięgając do pasa. Gdzieś tam miała małą manierkę tutejszego wina, którą teraz do połowy kilkoma długimi łykami opróżniła. — Nie skrzywdziłabym twoich ludzi. Nie w taki sposób, jak opowiadałam. Kurwa. Wiem, że tak to wygląda, ale dopóki ja jestem pod kontrolą, nie będzie takiej rzezi.

Spojrzała w bok, w stronę tętniącej życiem dzielnicy portowej. — Zaćmienie miesza mi w głowie. Wszystko miało iść gładko, ja miałam dorwać Faaza, zabrać go gdzieś i poczekać na odpowiedni moment. A zamiast tego pierdolone księżyce zajebały słońce i wszystko się zjebało do reszty. Zamiast skupiać się na złapaniu go, muszę się skupiać na tym, żeby w ogóle utrzymać się przy świadomości. Normalnie zaszyłabym się gdzieś, zaćpała i zapiła do nieprzytomności i obudziła po wszystkim, ale teraz nie ma czasu. Nie po tym, jak jego przydupasy zginęły i nie wrócą.

Po krótkiej chwili wahania podała manierkę Verze, jeśli chciałaby też się napić. Tyle, że dała to tej drugiej Verze, która stała obok tej prawdziwej pani kapitan. Nadal dwoiło jej się w oczach. — Życie kopie mnie w dupę codziennie jak widać. Pamiętasz, że wspominałam coś o klątwie? Pewnie zaraz zaczniesz pieprzyć, że wymówki, że jestem wariatką, ćpunką i sadystką, ale chuj z tym. Jestem przeklęta do końca życia, dosłownie, i zaćmienie właśnie wydziera to ze mnie — buty Umberto były bardzo interesujące, ładne, drogie. — Jakiś czas temu zostałam przeklęta i co jakiś czas uruchamia się we mnie coś w rodzaju drugiej... osoby. Chce wszystko mordować, szarpać na strzępy. Do tej pory całkiem dobrze sobie z tym radziłam. Wystarczyło trochę srebra, trochę prochów. Czasami pozwalałam jej się wyrwać, jak dorywałam któregoś z goblinów od Yassida. Generalnie przeważnie jedna noc wystarczyła i wszystko wracało do normy, ale oczywiście nie kurwa dzisiaj, bo w środku dnia musiała się odezwać i zepsuć wszystko.

Wygrzebała z alejki jakiś samotny kamyk, którym cisnęła w przeciwną stronę od głównej ulicy, chcąc się chociaż w ten sposób wyżyć. — Wariatka, co? Wymówki dla bycia psychopatką. W sumie nawet nie wiem, czemu ci o tym powiedziałam, nikt o tym nie wie... tak czy siak, dopóki ja jestem w kontroli, ona może marzyć o rozszarpywaniu niewinnych ludzi. Musi poczekać na Faaza — Joe uniosła spojrzenie czarnych oczu na Verę, pokazując chyba pierwszy raz od ich spotkania coś więcej niż złość na twarzy. Zmęczenie i to nie tylko przećpaniem, a po prostu, życiem i ciągłą walką z drugą stroną swojej osobowości. — Mogę mówić wiele rzeczy, ale nie zabiłabym z takim okrucieństwem nikogo. Mam wiele na sumieniu, ale wszystkie morderstwa robiłam z obowiązku, bo Yassid mi kazał, bo się broniłam. Zawsze szybkie cięcie, nigdy rozrywane ciała, nigdy mordowane dzieci czy chłystki.

naprawdę nie wiedziała, dlaczego odczuwała obowiązek tłumaczenia się przed kobietą, którą poznała kilka godzin temu, ale odczuwała trochę ulgi, gdy się żaliła komuś, kogo nie zamierzała mordować za chwilę. Zaśmiała się nawet i zamknęła znów oczy, próbując się uspokoić. — Przypominasz mi Yassida, z cyckami, wyższego i niezielonego. Jak krzyczał na mnie... to jakoś tak nie chciałam, żeby to robił. — Dzień w dzień Joe brakowało jej mistrza i dzień w dzień widziała ponownie jego śmierć, a dzisiaj bardziej niż zwykle. Mogła się mścić na kim chciała, ale większość już nie żyła i jedyna osoba odpowiedzialna za jego wykitowanie to ona.

Dzielnica Portowa

110
POST POSTACI
Vera Umberto
Vera przysłuchiwała się skulonej pod ścianą kobiecie, spoglądając na nią z góry. Mimo to, nie czuła się, jakby w jakikolwiek sposób nad nią górowała. Miała wrażenie, że Joe może w każdej chwili wyskoczyć z miejsca i wpaść w swoją furię, taką samą, jak chwilę temu u Fernanda. Z drugiej strony, wyglądała teraz na tak zaćpaną, że ledwie trzymała pion. Vera nie przyjęła od niej manierki, zwłaszcza, że była ona wyciągana w bliżej nieokreślonym kierunku. Rozbiegane spojrzenie najemniczki świadczyło o tym, że ledwie kontaktuje. Umberto stęknęła tylko z niesmakiem i pokręciła głową, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Zazwyczaj była ostatnią do odmawiania alkoholu. Teraz sytuacja była... specyficzna.
Nie przerywała Josephine, gdy ta tłumaczyła swoje zachowania. Tak, miała rację, gdy stwierdziła, że kapitan uzna ją za wariatkę, ćpunkę i sadystkę, bo to było pierwsze, co przyszło kobiecie do głowy. Wciąż jednak się nie odzywała. Trawiła każde kolejne słowo, usiłując ułożyć z tego w miarę sensowną całość. Jakkolwiek absurdalne nie wydawało się momentami pieprzenie o klątwach, tak gdy przyglądała się skulonej i zmęczonej Joe, czuła w sobie coś, czego nie dało się nazwać inaczej, jak współczuciem. Jej twarz była kamienna i próżno było szukać w niej jakiejkolwiek innej emocji, niż niechęć, ale na to akurat nie miała wpływu. Była tylko jedna, wybrana grupa, która widywała ją uśmiechniętą i która zdawała sobie sprawę z faktu, że pod tą wyniosłą maską zawsze kryje się znacznie więcej emocji, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
Nie inaczej było teraz. Vera uniosła wzrok w górę, na widoczny z zaułka fragment krwistego nieba. Faktycznie, stąd nie było widać księżyców i ukrytego za nimi słońca. Inna sprawa, że w karczmie Fernanda też nie było ich widać, a jednak cokolwiek ukrywało się pod tą w miarę spokojną osobowością Josephine, zdołało się tam wyrwać. A przynajmniej próbowało. Umberto wiedziała o ludziach, którzy posiadali dwie, lub więcej świadomości. Zwykle zamykano ich w domach szaleńców, albo traktowano jako ekscentrycznych odludków. To pierwsze zwłaszcza w przypadkach, gdy ci wariaci stanowili niebezpieczeństwo dla wszystkich wokół. Czy Joe stanowiła niebezpieczeństwo dla wszystkich wokół? Bardzo, bardzo tak.
Nostalgiczne wspomnienie Yassida, jakie wyrwało się najemniczce na koniec tego monologu, sprawiło, że Vera w końcu westchnęła i ponownie przetarła twarz dłońmi. Yassid miał pod sobą ludzi, ona też miała. Miała nadzieję, że to jedyne podobieństwo między nią, a goblinem. Bo to był goblin, prawda? O ile dobrze kojarzyła fakty.
- Powinnaś przeczekać zaćmienie - odezwała się w końcu cicho. Czy to znaczyło, że z powrotem pogodziła się z męczącym towarzystwem Joe? Jeszcze nie zdecydowała. - Powinnaś zamknąć się w jakiejś norze i poczekać, aż ci przejdzie. Mówiłaś, że gdzieś tu mieszkasz. Masz więcej prochów?
Przesunęła spojrzeniem po sylwetce zmęczonej, skulonej kobiety. Może jednak mówiła prawdę?
- Mam sobie dużo do zarzucenia. Od zejścia na ląd popełniłam już dużo błędów. Nie jestem cierpliwa i nie lubię, kiedy się mnie wykorzystuje - dodałaby coś więcej na temat Rappego, ale rozmawianie o tym otwarcie w samym środku miasta byłoby głupotą. - Corin jest moim głosem rozsądku. Kiedy jestem go pozbawiona, tworzę problemy. Kiedy to ja mam nim być dla kogoś innego, kurwica mnie strzela. Nie będę twoją niańką.
Po dłuższej chwili milczenia podeszła bliżej i kucnęła przed Joe.
- Nie mogę czekać. Levant ucieka mi od lat. Poza tym widzisz, jak wygląda moja... nasza sytuacja w mieście - dodała cicho. - Muszę załatwić to jak najszybciej i opuścić Karlgard. Nie zrobię tego, jeśli będę cały czas musiała martwić się o to, czy przypadkiem ci nie odpierdoli w środku rozmowy. Czy nie rzucisz się na kogoś w niewłaściwym momencie i zapierdolą nas w pierwszym lepszym magazynie portowym. Nie zamierzam zdychać dzisiaj. Nie zamierzam zdychać na lądzie.
Obrazek

Dzielnica Portowa

111
POST POSTACI
Josephine
Nie... nie mogę. Z tego samego powodu co ty. Muszę zajebać Faaza, żeby dokończyć to, co zaczęłam. Pomścić Yassida. Jeśli odpocznę, jeśli przeczekam, jakkolwiek długo to trwać nie będzie, to Faaz zniknie. Za chwilę się dowie, że go szukam, naśle na mnie kolejnych zbirów, kolejni mnie zdradzą, a jeśli będę zdychać w jakiejś norze, to nawet się nie obronię. Muszę go dorwać teraz — kolejny łyk wina pozwolił odrobinę uspokoić się Joe, chociaż wybrany przez nią narkotyk nie był pierwszym najlepszym wyborem. — Cały zapas duszka wciągnęłam jak to wszystko się zaczęło, w tamtej alejce. Została mi tylko róża, ale to gówno mnie otępia, nie uspokaja. Byłaby dobra, gdybym nie musiała... dokończyć tego bajzlu. Duszek... duszek jest lepszy. Jak było widać zresztą. Jeśli go dorwę i będę brać zanim znowu zejdę, to bestia powinna siedzieć cicho.

Pomimo faktu, że te narkotyki nie miały działania uzależniającego, to tak intensywna sesja na pewno wywrze się na Joe, która przez... najbliższy czas byłaby pod ich wpływem. Zjazd, jaki będzie miała po jakimś czasie będzie pewnie najgorszym, jaki miała do tej pory.

Twoim największym błędem było wplątanie się we współpracę ze mną — z ust Joe wydarł się chrapliwy śmiech. — Szkoda tylko, że tak teraz pływasz w tym gównie, że nawet jeśli pójdziesz w swoją stronę, to i tak będziesz czuć konsekwencje. Co do głosu rozsądku... zabawne. Każdy chyba powinien mieć jakiś, prawda? Ja go straciłam. Chociaż jak to nawet Faaz lubił powtarzać jeszcze za życia Yassida... jestem tylko psem na smyczy — ze stękiem podniosła się, ocierając pot z czoła. — Tyle, że mojego pana już nie ma, a ja łażę jeszcze i gryzę wszystkich, którzy na niego krzyczeli.

Jak mówiłam, muszę dorwać się do innego narkotyku i brać go bez przerwy, dopóki to cholerne słońce nie zniknie. Wtedy będę tylko ja, wkurwiająca brzydka morda, która biłaby innych, ale ma jeszcze podstawowe instynkty — podpierając się, dopiero dochodząc do siebie, wyjrzała z uliczki, szukając Snu i podobno reszty strażników. Co, jeśli weszli do Fernanda? — Lubiłam z Yassidem metodę na złego strażnika i dobrego strażnika. On zawsze mielił jęzorem, ja stałam i straszyłam, jak było trzeba. Ten karczmarz coś ci chociaż powiedział?

Dzielnica Portowa

112
POST POSTACI
Vera Umberto
- Czyli to była ta spokojna wersja? - spytała Vera, nie oczekując w sumie odpowiedzi. Westchnęła i pokręciła głową, załamana sytuacją, w jakiej obie się znalazły. To był przypadek beznadziejny. Zarówno Joe, jak i cała ta ich współpraca. - Pewnie masz tu swoje źródła. Przejdź się i kup więcej - odpięła od pasa sakiewkę, którą dostały wcześniej od Rappego, lżejszą o te kilkanaście monet, które zostawiła Fernandowi i rzuciła ją kobiecie. Nie sądziła, że złapie. Raczej sakiewka wylądowała przed nią na ziemi. - Ja nie pomogę, jedyne czym się znietrzeźwiam, to alkohol. Nie wydaj wszystkiego. Może się przydać.
Podniosła się też, nie wiedząc w sumie dlaczego nie zostawiła najemniczki w cholerę i nie poszła w swoją stronę. W rzeczywistości po prostu widziała plusy posiadania kogoś, kto w danej chwili patrzy w tym samym kierunku, co ona. Wciąż miały mniej lub bardziej zbieżne cele, a gdy jej nie odpierdalało, to dało się z nią nawet w miarę sensownie porozmawiać. Szkoda, że musiała do tego być naćpana tak, że nie wiedziała, która z trzech wersji stojącej przed nią Very jest tą prawdziwą.
Uśmiechnęła się tylko krzywo, gdy usłyszała o konsekwencjach, które będzie czuć już zawsze. Nie czuła się bezkarna, ale nie sądziła też, by Josephine miała rację. Miała statek, miała załogę. W wielu różnych miejscach wpakowała się już w podobne gówno. W wielu różnych miastach grożono stryczkiem jej i całej jej załodze. Gdzieniegdzie nawet słusznie. Delikatnie mówiąc, załoga Siódmej Siostry nie składała się z wzorowych obywateli i choć większość miała wojskową przeszłość, służąc z Umberto od samego początku, tak wszystkim udzielił się duch wolności, jaką zapewniła im ostateczna zmiana przeznaczenia okrętu. Verze też. Z roku na rok pozwalała sobie na coraz więcej. Tak czy inaczej, teraz, z Karlgardu, też zamierzała się zmyć i nie wracać, jak już to wszystko się skończy. Póki co nie było nikogo ani niczego, co zdołałoby ją zatrzymać w tym mieście na dłużej, lub sprawić, że kiedykolwiek przypłynęłaby tu ponownie.
- Tak - odparła niechętnie, po długiej chwili namysłu. - Wiem, dokąd iść.
Westchnęła, znów przecierając twarz dłonią. Najchętniej pierdoliłaby to wszystko, wróciła do kajuty i zaszyła się w niej z butelką rumu. Może jakimś towarzystwem, które dla odmiany zechciałoby zadbać o jej dobre samopoczucie. Miała jednak zobowiązania, wobec załogi, wobec samej siebie... i wobec Walthorna.
- Planowałam iść tam sama, żeby nie ryzykować, że zaczniesz znienacka podduszać moich rozmówców - mruknęła. - Ale możesz iść ze mną, jeśli jesteś w stanie zachować spokój. Tak czy inaczej najpierw muszę przejść się do doków, na chwilę. Wysłać do Fernanda ludzi, których mu obiecałam, nawet jeśli mają go pilnować tylko przez jeden dzień, czy dwa.
Zastanawiała się co z Osmarem i jak Corinowi idzie rozwiązywanie tego problemu. Martwiła się o nich obu. Optymizm oficera często nie pasował do powagi sytuacji i miała wrażenie, że nie inaczej było teraz. Ufała mu, ale bała się, że przewrotny los postanowi rzucić kłody pod nogi także i jemu.
- Możesz w tym czasie przejść się po swojego... duszka, czy co tam bierzesz. Możemy się umówić za godzinę w dokach. I tak widziałam, że źle się czułaś na statku, więc nie będziesz musiała wchodzić na pokład. Mniejsze ryzyko, że Irina przestrzeli ci kolano.
Była gotowa zrobić to, o czym mówiła. Tkwienie bez końca w zaułku nie miało już żadnego sensu.
Obrazek

Dzielnica Portowa

113
POST POSTACI
Josephine
Mam swoje... — mruknęła, gdy mieszek przeleciał jej przez palce i wylądował w alejce. Schyliła się i podniosła go, oceniając po wadze, na ile starczy jej zapasów za zgromadzone tam zęby. Zerknęła jeszcze do środka, po czym odpowiedziała na kolejne słowa Very: — Mam źródła. Mówiłam, że kręcę się po półświatku. Nawiasem mówiąc myślisz, że jeszcze dałoby się zebrać resztę sumy, którą tamten elfi gnój ci obiecał w banku?

Wyszła powoli z alejki, przypominając sobie, gdzie najszybciej kupi narkotyki. Powinna znać paru dostawców, którzy także i ją świetnie znali – w końcu była stałą klientką odkąd wróciła do miasta. I chociaż dwoiło jej się w oczach, to umysł nieco się uspokoił i zdawała także sobie sprawę, że mogą skończyć tak samo jak Mordred – czyli po prostu wydając ją za grube pieniądze.

Siedź na tym swoim okręcie. Jak wrócę z zakupów, to podejdę pod niego. Spokojnie, nie wejdę robić burdy — odwróciła się zdezorientowana, gdy jeszcze kobieta zarzuciła jej złe samopoczucie na jej statku. Uniosła brew, krzywiąc się przy tym. — Nie czułam się źle, po prostu jestem niecierpliwa. Lubię przebywać na pokładzie, szczególnie na otwartym morzu. Uspokaja mnie to, nie muszę wtedy niczego brać.

A, uważaj na straż. Jak przeszukują doki, to mogą cię zauważyć. — Z tymi słowami Joe zniknęła z sakiewką Rappe w tłumie, chcąc jak najszybciej dostać się do któregokolwiek z jej kontaktów, który mógłby załatwić jej sporą dawkę duszka za większość zgromadzonych w woreczku pieniędzy. Nie wszystkie, jak sobie życzyła pani kapitan, ale powiedzmy trzy czwarte jej zawartości. Powinno na jakiś czas wystarczyć...

Dzielnica Portowa

114
POST BARDA
Choć powrót na statek wydawał się Verze nad wyraz kuszący, wydawało się, że piratka ma ważniejsze sprawy na głowie, aniżeli ucieczka z Karlgardu i zapomnienie o całej sprawie z Levantem. Mimo to, na Siódmą Siostrę należało wrócić, chociaż nie po to, by pożeglować w dal, a żeby dotrzymać obietnicy Fernandowi.

Mieszek Rappego, czy też obecnie Very, ciężko pacnął o ziemię z przyjemnym brzękiem. Jego waga dawała do zrozumienia, że paskudny elf był nad wyraz majętny.

Josephine znała odpowiednie osoby, nawet w dzielnicy portowej. Wszelkiego rodzaju szuje rozprowadzali narkotyki w niemal każdej części miasta, a wilczyca, która polegała na tego rodzaju rozwiązaniach, musiała wiedzieć, co, gdzie i jak.

***

Vera postanowiła wrócić na pokład. Po drodze nie napotkała żadnych przeszkód - choć widziała strażników, ci nie zwracali na nią większej uwagi, biorąc ją za jedną z kolejnych przyjezdnych. Maszty jej okrętu pyszniły się pośród innych statków na spokojnym morzu. Tuż przy kładce, która prowadziła na pokład, oparta o beczkę z zaopatrzeniem, czekała Irina.

- Corin zlokalizował Osmara, kapitanie. - Stwierdziła bez przejęcia w głosie. Jej spojrzenie utkwione było w niebie, wciąż ciemnym przez zaćmienie.

***

Ciężko było mówić o tłumie w momencie, gdy zaćmienie wysłało do domów większość mieszkańców, jak również zachęciło przyjezdnych do oddalenia się w sobie znanym kierunku. Pośród tych, którzy postanowili zostać na ulicach, Joe mogła przemknąć niczym cień. Wiedziała, gdzie się kieruje. Jedna z większych spelun w dzielnicy, lokal o wdzięcznej nazwie "Stara Flądra" (zapewne na cześć żony założyciela).

Nie tylko zaćmienie powodowało, że przed lokalem panował mrok - miejsce było tak paskudnie dobrane, że nawet w jasny dzień, między budynkami, było dość ciemno, ale również chłodno. Bywalcami Starej Flądry byli ci, których lepiej było nie spotykać nocą, wszelkiego rodzaju męty i podejrzane charaktery.

- Szukasz rozrywki, rybeńko? - Zagadał do Josephine jeden z mężczyzn, oparty o ścianę tuż przy wejściu do Flądry. - Ile bierzesz?

Dzielnica Portowa

115
POST POSTACI
Vera Umberto
Nie była pewna, czy zostawienie Joe całej sakiewki wypełnionej monetami było mądrą decyzją, ale wolała, by najemniczka wydała te pieniądze na narkotyki, niż narobiła jej więcej problemów przez to, co siedziało w jej głowie. I choć w miarę się dogadały, ostatecznie nie rezygnując z współpracy, Vera czuła ogromną ulgę poruszając się po mieście sama. Dzielnica portowa była taka, jak wszystkie inne - tłoczna, głośna i śmierdząca - a jednak w drodze powrotnej na statek Umberto poczuła się wreszcie swobodnie. Dotarło do niej, jak wiele nerwów kosztowało ją towarzystwo Josephine, na które poniekąd była skazana przez swoje własne, ewidentnie złe decyzje. Głęboko w płuca wciągnęła zatęchłe powietrze Karlgardu i uśmiechnęła się do siebie, na moment zapominając o problemach, które wisiały nad nią jak chmura burzowa... albo jak krwawy dysk zasłoniętego przez księżyce słońca.
- Świetnie - odparła na informację, jakiej chwilę później udzieliła jej Irina. Przesunęła spojrzeniem po wysokiej, smukłej sylwetce elfki, jak prawie za każdym razem zastanawiając się, co siedzi w jej głowie. Była chyba absolutnym przeciwieństwem otwartego i ekstrawertycznego Corina. - Chodź ze mną. Opowiesz mi więcej.
Nie zamierzała omawiać tego tematu tutaj, przed rampą statku, gdzie każdy mógł ich usłyszeć. Dopiero gdy znalazły się na pokładzie, Vera z westchnięciem oparła się o burtę i skinęła głową, zachęcając Irinę do przekazania jej najnowszych wieści.
- Ja mam kontakt do kogoś, kto teoretycznie może doprowadzić nas bliżej Levanta. Chciałabym powiedzieć, że jestem dobrej myśli, ale nic tutaj nie sprawia, żebym przynajmniej nie była złej - mruknęła. - Informacje dostałam od karczmarza z tawerny Pod Śmierdzącą Rybką w zamian za obietnicę zapewnienia bezpieczeństwa jemu i jego rodzinie. Boi się zemsty ze strony tych, których ja szukam. Obiecałam mu wysłać kilka osób, które dopilnują, żeby mu nie spalili karczmy i domu. Kto został na pokładzie? Trzeba by wysłać tam małą grupę. Kogoś, kto będzie w stanie siedzieć, pić i jeść, jednocześnie kontrolując okolicę. Kogoś, kto sam też nie zrobi burdy. Wystarczy nam problemów, które już mamy.
Pożałowała, że nie pali. Może powinna kupić sobie fajkę. Może trochę papieru do skręcania tytoniu. Coś, co pomogłoby się jej uspokoić. W tej chwili, od dobrych kilku godzin, była permanentnie zirytowana i przy tym wciąż musiała być tą rozsądną, by jakimś cudem doprowadzić do końca to, co zaczęła.
Obrazek

Dzielnica Portowa

116
POST POSTACI
Josephine
Krótką chwilę zajęła kobiecie analiza, gdzie najszybciej spotka jednego ze swoich dostawców, którzy powiedzmy sobie szczerze – przy jej regularnym przyjmowaniu narkotyków musieli już znać jej facjatę. Z miejsca, w którym siedziała, ruszyła w stronę Starej Flądry, speluny będącej siedliskiem podobnych do niej osób, zaangażowanych w nieprzyjemne rozrywki. Tłum, chociaż przytłaczający, mający to do siebie, że łatwo można było czuć się tam klaustrofobicznie, miał pewien plus, to jest osłonę przed wścibskimi oczami. Łatwo było skryć się między morzem sylwetek, łatwo można było kogoś ograbić z mieszka i łatwo było zniknąć, gdy goniła cię straż. Tego luksusu teraz Joe nie miała, więc musiała iść bokiem, z twarzą pochyloną do ziemi, klucząc między kolejnymi alejkami i unikając jak ognia straży miejskiej.

Bez większych problemów tam dotarła, mogąc w końcu się rozluźnić chociaż na sekundę. Może i miejsce to było niebezpieczne i łatwo było dostać kosę w żebra, ale straży tutaj niezbyt można było uświadczyć, co samo w sobie już było plusem. W dodatku między takimi istotami Josephine się wychowywała, z takimi szujami chlała i takim szujom sama wbijała nóż w plecy. Trzeba było być czujnym, lecz była to mniej stresująca forma, niż na głównych ulicach.

Podchodziła już do drzwi, ignorując do pewnego stopnia otoczenie, gdy odezwał się do niej jakiś pijaczyna. Zmęczona dniem dzisiejszym, przytłumiona przez różę, Jo westchnęła, przewracając oczami. W jednej chwili pragnęła doskoczyć do gościa i przyszpilić go do ściany, rozrywając go na kawałki, ale w kolejnej po prostu chciała dostać swoją działkę i ruszyć dalej. Zwyczajnie nie chciało jej się pierdolić z przypadkowymi pijakami.

Nawiasem mówiąc, była zdziwiona, że ktoś był tak zdesperowany, żeby zagadywać o takie pierdoły do najbardziej pokiereszowanej baby w okolicy, w dodatku widocznie uzbrojonej.

Zabrać to ja ci mogę co najwyżej parę zębów i sakiewkę, jak będziesz dalej mielił ozorem — rzuciła, zatrzymując się na sekundę, po czym sięgnęła za klamkę, wchodząc do środka i pilnując, aby i jej nikt sakiewki nie zajebał. Nie zamierzała niczego zamawiać, bo to i tak były tylko szczyny. Liczyła, że od razu rzuci jej się w oczy znajoma twarz dostawcy duszka, zaś jeżeli nie, to wtedy mogła podejść do szynkwasu po informacje.

Dzielnica Portowa

117
POST BARDA
Irina wpatrywała się w niebo jeszcze przez dłuższą chwilę, nie odzywając się do pani kapitan, jakby nie dotarły do niej jej słowa. Parę dłuższych sekund zajęło jej ponowne zwrócenie uwagi na Verę.

Tak lekko, jakby jej stopy nie dotykały desek pokładu, Irina podążyła za przywódczynią. Nie odezwała się, póki nie minęły kolumny fokmasztu.

- Zlokalizowaliśmy budynek z pomocą ulicznych wróbli. Corin został w okolicy z małą grupą, obserwuje. - Wyjaśniła pokrótce Irina, jej ton nie zdradzał przejęcia. W gruncie rzeczy nie zdradzał również innych emocji.

Pokrótce wyjaśniła Verze drogę do aresztu, gdzie przetrzymywany był krasnolud. Nie wydawało się, by budynek znajdował się daleko od doków. Najwyraźniej straż miała miejsce, w które mogła prowadzić zbirów prosto ze statków, jeśli zaszła taka potrzeba.

Ożywiła się dopiero na wieść o tropie Levanta. Lekko uniesione brwi znaczyły zdziwienie, jak również niedowierzanie.

- Pójdę. Wezmę Tripa i kilku majtków. - Zaproponowała. Musiała zdawać sobie sprawę z tego, że nie była najlepszym wyborem, jednak najwyraźniej na pokładzie nie było nikogo lepszego. - Wskaż drogę, kapitanie.

* * *

Josephine była wśród swoich - nawet jeśli "swoi" byli jeszcze bardziej groźni i przerażający, niż ci, których nazywano prawymi. Kaprawe ślepia zerkały na nią z każdej strony, zupełnie jakby jej pojawienie się było czymś nadzwyczajnym. Wszelkiego rodzaju szuje kręciły się w okolicach Flądry, parę blizn na twarzy nikogo nie odstraszało, tak długo, jak panna była chętna i w miarę czysta.

Odważny, który zagadał do Jose, parsknął śmiechem, jakby był niespełna rozumu, co też w jego przypadku mogło być niewielkim problemem.

Wchodząc do knajpy, Josephine nie dostrzegła wielu zmian od swojej ostatniej wizyty. Te same stoliki i krzesła, ustawione w taki sam sposób, wydawało się nawet, że trociny, które pokrywały podłogę, nie zostały wymienione, bo w większości były mokre i kleiły się do butów. W swoim niezmiennym miejscu, tuż przy brudnym okienku, siedział mężczyzna, którego Joe poszukiwała. Z bandaną przewiązaną na głowie i uśmiechem przyklejonym do całkiem przystojnej twarzy, siedział mężczyzna z kozią bródką.

- Kogo me oczy widzą! - Ucieszył się. W tawernie zrobiło się jakby odrobinę ciszej, a ciekawskie spojrzenia podążyły za Jose. - Siadaj, siadaj. Opowiadaj, co u ciebie?

Najgorsze było to, że Josephine nie pamiętała nawet imienia dilera. Nie miało to jednak znaczenia - facet był dobrze zaopatrzony.

Dzielnica Portowa

118
POST POSTACI
Vera Umberto
Skinęła głową, przyjmując do wiadomości informacje o Corinie. naprawdę miała nadzieję, że przynajmniej tam wszystko pójdzie zgodnie z planem. Najlepiej by było, gdyby zgrali się na tyle sprawnie, żeby ona załatwiła problem Levanta mniej-więcej w tym samym momencie, co oficer kwestię Osmara. W razie czego Vera mogła poczekać. On, jak już wyciągnie krasnoluda z aresztu, niekoniecznie. No i pozostawała kwestia przeszukiwania każdego statku, opuszczającego port. Miała kilka skrytek na pokładzie, naturalnie, ale czy to wystarczyło? W razie czego mogli przebić się przez kontrole Karlgardu i uciec. Siódma Siostra była szybka i zwrotna.
- Tripa zostaw. Niech siedzi na pokładzie - poleciła, nie wyjaśniając skąd brała się taka a nie inna decyzja. Nie musiała tłumaczyć się swojej oficer, ale prawda była taka, że martwiła się o niego. Nie był żołnierzem ani marynarzem. Nie miał żadnego wyszkolenia w potencjalnej walce, choć czasem ćwiczył z nudów z kimś na pokładzie, podczas długich rejsów... i był w tym beznadziejny. Vera miała zbyt wiele spraw na głowie, by martwić się jeszcze o niego.
- Śmierdząca Rybka - powtórzyła. - Kawałek stąd. Naprzeciwko miejskiej łaźni.
Wytłumaczyła pokrótce drogę do wspomnianej tawerny i pozwoliła elfce odejść, zająć się tą sprawą. Sama przez chwilę stała przy burcie, spoglądając z góry na tłum przelewający się po nabrzeżu. Ile miała jeszcze czasu? Umówiły się z Joe za godzinę. Mogła przynajmniej skorzystać z tej okazji by wyczyścić i zabrać broń i jednak założyć pancerz. Całkiem możliwe, że wchodziła właśnie w gniazdo żmij. Tym razem nie zamierzała pójść całkowicie nieprzygotowana. Jej pancerz był czarny i ładnie wyprofilowany, nie rzucał się w oczy tak bardzo - tak przynajmniej uważała. Zapięcie i zawiązanie go porządnie zajęło jej trochę czasu; popiła ten wysiłek rumem prosto z butelki i gdy była już gotowa, wróciła na pokład. Oparła się łokciami o barierkę i postanowiła przeczekać pozostałe minuty, obserwując przechodniów, co samo w sobie mogło być całkiem przyjemnym i uspokajającym zajęciem.
Obrazek

Dzielnica Portowa

119
POST POSTACI
Josephine
Na dźwięk śmiechu Jo zareagowała zmarszczeniem nosa. Co prawda jeśli teraz faktycznie spełniłaby swoją groźbę, raczej nikt oprócz ewentualnie koleżków by się nie wtrącał w jedną z kolejnych bijatyk, ale... Nie po to tutaj była. Poza tym jej siły nie były pełne, zmysły ciągle otumanione, a kolejny wybuch agresji może skończyć się tragicznie dla każdej ze stron. Dlatego też z ciężkim sercem weszła do środka.

Speluna wyglądała identycznie jak reszta - syf, bruf i ubóstwo. Wylane piwsko na próchniejącą podłogę, zapach potu, szczyn i czegoś bardziej niezidentyfikowanego. Nikt o zdrowych zmysłach by tutaj nie wszedł, o ile nie wiedziałby czego szuka - takie knajpy służyły bowiem tylko do tego, aby się w nich ugadywać na napady, rozróby i czysty chaos.

Cel Josephine siedział przy oknie i akurat darł do niej ucieszony mordę przez pół sali. Kobieta przewróciła oczami, widząc że małe zamieszanie wokół ich dwójki zwróciło uwagę reszty gości, ale to był jej dostawca i chcąc nie chcąc musiała do niego podejść.

Usiadła na skraju krzesła, przyciągając bliżej siebie broń i mieszek, po czym westchnęła i podkręciła głową słysząc niedorzeczne pytanie. - I tak gówno cię to obchodzi. To co zawsze. - Mruknąwszy, postukała palcami o blat i wbiła w niego swoje spojrzenie. Cholera, jak mu było na imię? Ich miana zlewały się najemniczce, gdy zmieniała ich co jakiś czas - bo albo wyjeżdżała z Karlgardu, albo kogoś łapali i szukała nowego dilera. Oni zaś najwyraźniej wiedzieli doskonale kim jest... w końcu była ich stałą klientką.

- Potrzebuję tego co zawsze. Duszek, zapas na co najmniej dwa tygodnie - rzuciła przyciszonym tonem prosto z mostu, nie zamierzając bawić się w jakieś precedensy i grzeczności.

Dzielnica Portowa

120
POST BARDA

Irina skinęła głową, przyjmując do wiadomości plany odnośnie Tripa. Ktoś przyzwyczajony do jej oszczędnej mimiki mógł wyłapać, że nie jest zbyt zadowolona z decyzji pani kapitan. Kuk czy nie, powinien przydawać się w każdej okoliczności. Nie mógł być tylko od gotowania i zabawiania załogi.

Przyjmując do wiadomości rozkazy, Irina oddaliła się, by zebrać drużynę i wyruszyć na pomoc Fernandowi.

Vera miała chwilę na uspokojenie myśli, ale również na przygotowanie się do nadchodzącego spotkania z kimś, kto mógł doprowadzić ją do Levanta. Kiedy już złożyła pancerz i zabrała broń, oparła się o reling i czekała na odpowiednią chwilę, dojrzała dorodną czuprynę za jedną ze skrzyń. Czarne loczki zdradziły właściciela, który wkrótce potem wyjrzał zza pakunku.

Dziecko w wieku nie więcej, jak pięciu lat, wyciągnęło rękę, najpewniej czekając na pieniążek w zamian za to, z czymkolwiek tu przyszło. Musiało być całkiem sprytne, skoro wdarło się na statek i schowało przed majtkami.

***

Dostawca zadbał o to, by każdy w knajpie wiedział, do kogo udaje się Josephine. Nie było powodu, by zaczynać burdę z powodu komentarza pijaka lub też głupich uśmiechów dilera.

- W tym masz rację. Gówno mnie to obchodzi. - Mężczyzna uniósł palec ku sufitowi, podkreślając swoje słowa. Urok bezczelnego typa szybko prysł. - Co znaczy: dwa tygodnie? Zależy, ile bierzesz. Jeśli weźmiesz cały mój zapas, dam ci zniżkę. - Kusił. - Ostatnio mamy braki w duszku, więc korzystaj, póki możesz. Może starczy ci na cztery-pięć dni, na tydzień, jeśli będziesz oszczędna. Może chcesz coś innego? Mam parę nowości.

Zapachy mieszały się i wirowały, drażniąc nozdrza Joe. Gdzieś na granicy zmysłów był też nieprzyjemny, a jednak kuszący zapach duszka. Facet z pewnością miał gdzieś zapas.

Wróć do „Karlgard”